Czy po piętnastoletniej odsiadce w zakładzie karnym Siedlce mogą pachnieć wolnością? Tego dowiecie się z opowiadania sensacyjnego autorstwa Kamila Rycerza, nagrodzonego III miejscem w konkursie LIMESU, organizowanym przez siedlecki uniwersytet.
Poranki w Siedlcach pachniały nadzieją.
– Turek, na dywanik do dyrektora zapraszam!
Bez choćby sylaby sprzeciwu ruszyłem za swoim znudzonym opiekunem. Ciszę korytarza przerywało od czasu do czasu stłumione, jakby puste w środku echo naszych kroków. Gabinet Najważniejszego Człowieka znajdował się tylko cztery pomieszczenia dalej, nie zdążyłem więc choćby przez chwilę zastanowić się nad celem wizyty.
Pokój, obrzucony stertą segregatorów, laminowanych dokumentów i milionem karteluszek, których nikt nigdy nie odszyfruje, ledwo znalazł miejsce dla dwóch mężczyzn siedzących za nieładem biurka. Dyrektor Brzozowski postanowił się nie golić; uznał najwyraźniej, że powiększony obszar siwizny w połączeniu z uniformem wywyższy jego godność. Tego drugiego nie znałem. Siedział z zapiętą sztruksową marynarką, która przejawiała już objawy podduszania i pocił się, choć jedyną jego aktywnością było głaskanie wierzchołka nosa. Albo się przeziębił, albo zażywał medykamenty silniejsze od aerozolu na katar. Stróż pozostał w progu i udawał cichociemnego.
Dyrektor wskazał taboret naprzeciwko i pozwolił, bym usiadł. Jako człowiek konkretny z miejsca przeszedł do rzeczy. Nie lubił tracić czasu na przeciąganie wstępu, mimo że pensjonariusze tego przybytku w centrum miasta mogli wolnym czasem obdarować połowę województwa.
Przedstawił towarzysza jako funkcjonariusza Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Od – Spraw – Jakichś – Tam. Oficer przekazał informację, którą określił jako ściśle tajną, chociaż założyłbym się o ostatnie drobne, iż w mniemaniu ABW wszystko okazywało się ściśle tajne. Otóż śledczy odkryli (oni zawsze zajmują się tylko odkrywaniem) działalność rosyjskiej agentury na terenie Siedlec, werbowanej przede wszystkim z grupy ukraińskich uchodźców, nadal zwiększającej swoją liczebność po ponad roku od wybuchu wojny.
– Mężczyźni, zamiast walczyć, kombinują, jak uciec na zachód – powiedział oficer, pociągając nosem. – Przyjeżdżają tu i potem muszą z czegoś żyć. Rosyjska siatka tylko na to czeka. W internecie pojawiły się dziwne oferty pracy. Najpierw chodziło jedynie o roznoszenie ulotek i wywieszanie plakatów. Ci, którzy skusili się na tę robotę i łatwy zarobek, szybko zaczęli otrzymywać kolejne, trudniejsze zadania, na przykład umieszczenie kamer wzdłuż torów kolejowych, fotografowanie konwojów i w ogóle dokumentowanie wszystkiego, co mogło mieć wojskowe znaczenie. Udało nam się ustalić, że za tajemniczym pracodawcą stoi GRU.
Zmarszczyłem czoło.
– Dlaczego pan mi o tym mówi?
– Wiemy już, że w Siedlcach rozrosła się dość duża organizacja pracująca dla rosyjskiego wywiadu. Potrzebujemy się do niej dostać.
Oficer ABW zerknął na dyrektora, jakby chciał dać znać, że teraz jego rola. Brzozowski odchrząknął i dyskretnym głosem rzekł:
– Piętnastkę masz już od ponad miesiąca za sobą. Byłeś grzeczny i nie sprawiałeś żadnych kłopotów. Dychę spróbujemy ci darować. Wystarczy, że podpiszę kwit i dam go na rozpatrzenie.
Wtedy wszystko zrozumiałem.
– W zamian za to mam pomóc rozwalić ruską agenturę?
Dyrektor oparł się łokciami o biurko i pochylił w moją stronę.
– Tu nie chodzi o jakąś transakcję wymienną. Jeśli ci się nie uda, albo jeśli w ogóle nie zechcesz się tego podjąć, to machina i tak pójdzie w ruch i już się tutaj nie spotkamy. Nie jesteśmy głupawymi panienkami, więc nie musimy zadawać sobie pytań typu: dlaczego akurat ja? Czy się zgadzasz? Wszyscy tu wiemy, że się zgodzisz, bo to dla ciebie los na loterii. Znasz ich mentalność, znasz język, poza tym nie byłeś tu widziany od dawna. Zaprzyjaźnisz się i zdobędziesz informacje.
– Nie ma ryzyka – wtrącił facet z Abwehry – to amatorzy, a nie profesjonalni wywiadowcy. Tylko jest jedno zastrzeżenie.
Zaczekał, aż dopytam, jakie. Nie otrzymał tej satysfakcji.
– Potrzebujemy ich żywych, nie martwych – zakomunikował tonem szeryfa w podrzędnym saloonie.
– Jasne.
Kiedy omówiliśmy niezbędne szczegóły, dyrektor dodał:
– Pamiętaj, że masz Siedlcom coś do oddania.
Miał rację, choć postanowiłem również i tego nie okazywać.
W czerwcowym powietrzu czuć radość życia.
Czekałem na tę chwilę, marzyłem o niej tak jak młokos fantazjuje o dojrzałym, lecz zakazanym owocu. Kiedy już nadeszła, cały scenariusz działania posypał się, ustępując miejsca sielankowej improwizacji. Stałem na środku chodnika przy ulicy Piłsudskiego i zaciągnąwszy się z rozkoszą dymem papierosa patrzyłem na budynek galerii handlowej, który wtedy jeszcze nie wzbogacał topografii miasta. Przechodnie omijali mnie niczym niemile widziany pomnik.
Wtedy.
Wtedy to historia. Pora na TERAZ.
Z torbą sportową na ramieniu udałem się niespiesznym krokiem w stronę świątyni kupna/sprzedaży. Napisy, banery, reklamy i uroczo zaangażowane ekspedientki tworzyły ze mnie niemowlę otoczone stertą zabawek – nie wiedziałem, od której zacząć: najtańszy telefon komórkowy i karta z numerem ze sklepu elektronicznego; zjazd schodami ruchomymi do asortymentu drugiego najludniejszego państwa świata, by kupić okulary przeciwsłoneczne i czapkę z daszkiem; po wyjściu z galerii paczka czerwonych chesterfieldów z Topazu, aż wreszcie zimne piwo i pizza w pobliskiej knajpie. Ciasto od spodu pokryte było czernią, ale smakowało po italiańsku. W międzyczasie odnalazłem swój notatnik z kontaktami, by umówić się na spotkanie z Edim.
Usiadłem na ławeczkach rozlokowanych na niewielkim fragmencie trawy przy Brofakturze. Słońce atakowało moją skórę, nieprzyzwyczajoną do tego typu rarytasów. Podleciało kilka gołębi z ofertą towarzystwa, ale nie zauważywszy piekarnianych profitów, zmieniło teren zainteresowania. Młodzież siedziała bądź leżała na ławkach, uzbrojona w telefony. Gdybym piętnaście lat temu założył takie obcisłe spodnie, jak ów chłopak obok, pewnie stałbym się obiektem szyderstw. Dziś nikt tego nie skomentował. Ech. Wszystko płynie.
Edi pojawił się o czasie. Rozpoznanie go nie stanowiło problemu. Brzuch mu się nieco powiększył, odkąd ponad trzy lata temu zmienił wikt na prywatny. Uzębienie, a w zasadzie jego brak, też zdawało się nie mieć żalu do świata. Mimo sześćdziesiątki na karku dawał radę kipieć energią. Przywitał się i usiadł obok.
– No, to w końcu przyszła pora na ciebie – odrzekł i klepnął mnie w udo. – Na pewno coś tam uciułałeś zawczasu i czuję, że styknie ci na tyle, by poczęstować szlugiem.
Z uśmiechem na twarzy rozpieczętowałem świeżą paczkę. Siedmioletnie towarzystwo Ediego zawsze określałem mianem w porządku. Wziął cztery papierosy, z czego trzy ukrył w kieszeni.
– Niech już wezmę do karety – wyjaśnił. – Będzie na zaś. No i co dalej, masz jakiś kwadrat?
– Dali mi socjalne na Floriańskiej.
– Trochę tam śmierdzi myszami, ale nie trafiłeś najgorzej.
Opowiedziałem Ediemu o ofertach pracy, które pojawiają się od niedawna w sieci, a które mogłyby mnie zainteresować w obecnej sytuacji. Podobno szukają kogoś na wczoraj do roznoszenia ulotek i przyklejania plakatów. Edi stwierdził, że nic mu o tym nie wiadomo, ale popyta, gdzie trzeba i da znać. Z pewnością nikt nie wiedział, gdzie akurat trzeba, bo taka wiedza mogła stać się bardziej niebezpieczna niż amunicja. Nie wydawało się, by kłamał, bo nie należał do osób kryjących się ze swoimi odczuciami, choć z pewnością przybrał nieco na błyskotliwości, zwłaszcza od lektury Braci Karamazow. Pogawędziliśmy jeszcze przez kilka minut, po czym nastała pora wejścia do nowego lokum.
– Dzięki i do zobaczenia – powiedziałem, ściskając jego wytatuowaną serią serc, strzałek i gwiazdek rękę.
– Nie ma sprawy – odrzekł i zacytował: z mądrym człowiekiem to i pogadać ciekawie.
Mieszkanie z pewnością nie należało do zakwalifikowania na jakąkolwiek gwiazdkę. Tapeta pamiętała Gierka, a meblościanka z pewnością nie wydawała się wiele młodsza. Zapach stęchlizny mieszał się tu z wonią beztroskiego życia na koszt państwa. Nie miałem prawa narzekać. Choć próżno szukać tu większego luksusu niż suchy dach na głową, to było tam coś, czego żaden oligarcha nigdy nie kupił za pieniądze: święty spokój.
Zrzuciwszy torbę na zlepek parkietu przypominający podłogę, dostrzegłem na podrapanym biurku coś, co mnie zastanowiło. Jedyną rzeczą, która znajdowała się na meblu, była karta do gry. Król kier. Monarcha został udekorowany podpisem czarnego flamastra:
RATÓSZ
Z kartą w ręku położyłem się na wersalce, uprzednio sięgnąwszy do torby po butelkę żołądkowej. Zaczerpnięty prosto z gwintu łyk zadał mi ambiwalentne uczucia: z jednej strony radość, że jestem tutaj, sam. Z drugiej nadszedł wniosek, że powinienem na siebie uważać, bo może za ów spokój trzeba będzie zapłacić ogromny rachunek.
Obudził mnie dzwonek telefonu. Wyświetlacz wskazywał dwudziestą czterdzieści sześć. Okno nadal przekazywało optymistyczne wieści o dniu, który nie chce jeszcze fajrantu na dziś. Dzwonił Edi. Bez powitań powiedział, że ma dla mnie dobre informacje i żebyśmy spotkali się za godzinę w parku Aleksandria. Sprawność Ediego jawiła się jako niespotykana. Jeszcze jeden solidny haust produkcji Polmosu pobudził moje zmysły z przyjemnego letargu.
Park, nazwany na cześć pochodzącej z Czartoryskich Aleksandry Ogińskiej, z pewnością robił wrażenie nie tylko na tych, którzy nie widzieli go od kilkunastu lat: ścieżki pełne wdzięku i elegancji, a obok przejrzyste tablice informacyjne z ciekawostkami historyczno – przyrodniczymi. Najbardziej zaciekawił mnie obiekt, który wcześniej tu nie przywędrował: pomnik Łosia. Ukazując swe wygięte ku niebu poroża, zapraszał do rekreacji na świeżym powietrzu.
Poczęło się ściemniać, zwierzak przestawał być widoczny. Edi jeszcze nie dotarł. Wstawszy z ławeczki, zacząłem przechadzać się po okręgu. Minęło mnie dwóch chłopaków w wiatrówkach. Obróciłem się, by dostrzec, że jednak nie ruszyli dalej.
Nagle usłyszałem świst, jakby przeleciał patyk. Poczułem ucisk w przełyku. Cios w gardło został wyprowadzony celnie i znienacka. Powinienem zachować większą czujność, teraz uśpioną gorzałą. Pochyliłem się dla nabrania tchu, ale bez rezultatu. Potrafiłem się bronić i odpierać atak, ale musiałbym mieć na to siły. Krtań, jako złożona z chrząstek, mogła się bezpowrotnie zniszczyć. Desperacja, by uspokoić oddech spowodowała, że kolejny cios, tym razem w skroń, położył mnie na ziemię i spowodował, że całkowita noc przyszła o wiele szybciej niż ta wynikająca z kalendarza.
Wybudziła mnie wilgoć porannego chłodu. Pierwsze, co ujrzało moje na wpół otwarte oko, to kostka z chodnika, a na niej karta do gry, walet kier. Młodzianowi w czerwieni dotrzymywał towarzystwa niedopałek chesterfielda.
Doprowadziwszy się do porządku, ruszyłem przed siebie. Bolała mnie szyja, głowa nad oczami i plecy, ale dolegliwości fizyczne krystalizowały się jako bzdury w porównaniu do uszczerbków moralnych. Dałem się prowadzić na sznurku jak pacynka, uznając osobnika pokroju Ediego za sprzymierzeńca. Nie wiadomo, dlaczego podrzucał karty, bo jego działania trącały amatorką; nikt poważny nie zostawiłby aż tak charakterystycznych dowodów.
RATÓSZ.
Król kier. Jedyne skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, to biskup Kiernikowski. Ordynariusz odszedł z Siedlec kilka lat temu, więc czy miałby coś wspólnego ze mną i agenturą Rosji?
Walet kier. Żadnych skojarzeń.
Jeżeli ratusz, to tylko Jacek.
Ruszyłem w kierunku centrum. Ratusz miejski w Siedlcach, zwany Jackiem, uwieńczony był na szczycie figurą Atlasa dźwigającego kulę ziemską. Spoglądając w górę, człowiek miał wrażenie, że ciężar, pod którym ugina się ten mitologiczny tytan, nie okazuje się zbyt wielki. Ponieważ nie czułem się żadnym herosem, usiadłem na ławce przylegającego do budynku skweru Kościuszki, by odsapnąć.
Nie minęło kilka minut, gdy bez słowa dosiadło się trzech mężczyzn. Wszyscy wyglądali rześko, choć poranek dopiero rozczapierzał swe skrzydła nad uśpionym miastem. Ubrani byli na sportowo, choć nie wyglądali na entuzjastów joggingu. Pierwszy z nich mógł stać się sobowtórem Borysa Szyca. Na pierwszy rzut oka jego szary dres zlewał się w monolit. Usiadł po mojej prawej ręce i zagadnął tymi słowy:
– Jesteś Turek, co nie?
Skinienie głowy musiało mu wystarczyć za akceptację. Piętnaście lat temu współlokatorzy, do których dołączyłem, oglądali codziennie Ojca Chrzestnego. Kiedy poznali moją historię, szybko ochrzcili swego nowego kumpla Turkiem. Taki pseudonim nosił jeden z bohaterów, Virgil Sollozzo – handlarz narkotyków, który zwany był Turkiem, bo dość dobrze władał nożem, z zastrzeżeniem, że tylko w interesach. Ksywa pasowała jak ulał i szybko się ze mną sparowała. Nie spodziewałem się aż tak wysmakowanego gustu filmowego pobratymców, poza tym połączenie polsko – ukraińskich genów z Turkiem jawiło się w mojej wyobraźni jako wyjątkowa wariacja na temat multikulturowej tolerancji.
– Ja jestem Wołodia – powiedział po rosyjsku.
Wskazał ręką kolegę, który, czerwony na twarzy jak Indianin, bez skrępowania wskazywał syndrom dnia wczorajszego. Przedstawił go jako Saszkę. Rosjanin był ponoć niezawodny jak burżujski zegarek ze Szwajcarii, mimo że od prawie dwóch miesięcy nie miał czasu wytrzeźwieć. Jego trans rozpoczął się pewnej nocy, w której przyśnił mu się towarzysz Chruszczow, płaczący nad oddanym w 1954 roku Krymem. Odtąd Saszka codziennie kładł się nawalony jak szpadel, by ocierać łzy Pierwszemu Sekretarzowi.
Trzecim mężczyzną był Edi.
– Wsio haraszo – odparłem – ale po co mi o tym opowiadasz? Nie obchodzi mnie to. Dajcie mi spokój, a jeżeli nadal będziecie za mną łazić, to chociaż róbcie to w bardziej profesjonalny sposób. Nie wysyłajcie tego durnia – tu wskazałem palcem Ediego – by zostawiał pety na miejscu pobicia i nie róbcie ze mnie… łosia.
Wołodia popatrzył na Ediego, który zakołysał żuchwą dla zastanowienia.
– Nie zostawiałem żadnych petów – oświadczył po polsku.
Pominąwszy z ostentacją Ediego, wyjaśniłem Wołodii, co zobaczyłem po ocknięciu się. Rosjanin wybałuszył oczy.
– To nie my. Wierz nam albo nie wierz, to nie my.
– Mam wam uwierzyć? Śmieszne.
– Niestety, prawda niemal zawsze jest niedowcipna – dodał Edi, po raz kolejny cytując Dostojewskiego.
– Ty bardziej Polak czy Ukrainiec? – zapytał Wołodia.
Wzruszyłem ramionami.
– Matka była Polką, choć piła, jakby pochodziła z Winnicy. Szybko jednak zachlała się na śmierć. O ojcu wiem tylko tyle, że urodził się we Lwowie. Matka widziała go podobno tylko ten jeden raz w życiu. W papierach jestem Polak i czuję się Polakiem.
Wołodia machnął ręką.
– Rozumiem. Wszystko jedno. Ja z Ukrainy, Saszka z Rosji – my bracia Słowianie. Nie miej żalu za to pobicie. Musieliśmy cię sprawdzić.
– Co zrobić?
– Sprawdzić. Zdałeś test. Nie poszedłeś na policję. Teraz jest pewność, że możemy ci zaufać.
– Po co mielibyście to robić?
– Podobno szukałeś roboty – wyjaśnił. – Akurat potrzebujemy kogoś takiego jak ty. Wchodzisz?
– Da.
Rozejrzałem się po okolicy. Nieliczni siedlczanie spieszyli do pracy; alejka wzdłuż parku prowadziła od ratusza aż po najstarszy kościół w mieście. Edi oddalił się niezauważony, a Saszka usiadł po lewej. Z kieszeni roboczych spodni wyjął telefon i próbował przesunąć po ekranie, by odebrać połączenie. Jednakże jego palce wariowały, nienaoliwione alkoholem, więc nie mógł trafić w wyświetlacz. Saszka miał ustawione zdjęcie przy zapisanym kontakcie. Popatrzyłem na nie ukradkiem. Niewiele już potem rozumiałem z tego, co w tym samym czasie tłumaczył mi Wołodia odnośnie fuchy, którą mieliśmy razem zrobić.
Do Saszki dzwonił oficer ABW Od – Spraw – Jakichś – Tam.
Trzy dni później rozpoczęliśmy nasze zadanie.
Planowana jako arcytrudna przeprawa przez przejście graniczne Korczowa – Krakowiec okazała się całkiem przyjemną igraszką. Już po trzech godzinach od ustawienia się w kolejce granicznej znaleźliśmy się na terytorium Ukrainy. Saszka przejechał przez obstawione wojskiem ronda, po czym wrzucił trzeci bieg busa transportowego i ruszyliśmy trasą M10. Do Lwowa jeszcze nieco ponad siedemdziesiąt kilometrów. Wszystko udało się bez problemów, więc teraz mogliśmy się odprężyć. Szybko ogarnęła mnie senność, kołysana monotonną pracą silnika, przyciąłem więc drzemkę na przednim siedzeniu pasażera. Saszka zdążył wytrzeźwieć,bo jego zwykle rumiana twarz nabrała nieco jasności, przejął zatem rolę kierowcy – pilota.
– Myślisz, że Krym wróci jeszcze do Ukrainy? – zapytałem po przebudzeniu.
Saszka uśmiechnął się pod nosem. Taka odpowiedź wystarczyła.
Drogi nie były oblegane; gdzieniegdzie spotykaliśmy się na wymijaniu z ciężarówkami, upstrzonymi niebiesko – żółtymi tablicami rejestracyjnymi. Tuż przed zjazdem do Rosniwki Saszka rzekł:
– To tutaj. Jeszcze go nie ma, więc pewnie chwilę zaczekamy. Przynieś.
Skorzystał z zatoczki przeznaczonej dla przystanku autobusowego i zatrzymał pojazd. Bez słowa wysiadłem z samochodu i udałem się do tylnych drzwi, na których kolorowa naklejka ogłaszała wszem i wobec:
POMOC HUMANITARNA
ŻYWNOŚĆ BEZGLUTENOWA DLA DZIECI
GLUTEN FREE HELP
Otworzywszy pakę, wyciągnąłem ze starannie ułożonego aż pod sufit stosu jedno, opisane flamastrem tekturowe pudełko. Przeciąłem nożykiem taśmę, by uchylić zamknięcie. Kilka torebek makaronu, opakowanie wafli ryżowych, pakunki ze słodkościami. Na dnie pudełka przywitały mnie cztery butelki warzonego w Siedlcach Kupieckiego. Wróciłem do samochodu, by ugasić pragnienie wielbiciela Chruszczowa.
Warto pomagać.
Wypiliśmy po jednym piwie. Po jakichś czterdziestu minutach zaparkował przed nami renault megane. Wysiadł z niego jakiś mężczyzna. Saszka dołączył do niego, by się przywitać, następnie dał ręką znak, że potrzebuje wyjść na chwilę w ustronne miejsce. Czekaliśmy, aż ten facet przekroczy granicę, pamiętając o rozkazie Wołodii, że bez niego nie możemy jechać dalej. Mężczyzna zdjął przeciwsłoneczne pilotki na nosie i podszedł do busa od mojej strony.
Kiedy spojrzałem na jego twarz, zamarłem.
Nie, nie, nie. To niemożliwe.
Przede mną stał, we własnej osobie, Jacek Czerwień.
Czerwień – czerwo – kier.
Walet kier.
Popatrzył na mnie, a widoku tych wybałuszonych oczu nie dało się zapomnieć. Wycharczał:
– To ty…
– Jacek…
Patrzyliśmy na siebie jak bokserzy podczas ważenia. Chciałem powiedzieć mu dużo, jeszcze więcej wyjaśnić, usprawiedliwić. Nie mieliśmy na to czasu; należało zawierzyć instynktowi, który podpowiedział:
– Musisz uciekać. Szybko!
– Dlaczego? – zdziwił się Jacek.
– Musisz……uciekaj…to zasadzka…
Nie rozumiał, ale moja skupiona mina podpowiadała mu, że to prawda.
– Idź…i pamiętaj, że jesteśmy kwita – dodałem.
Obszedł samochód dookoła, by Saszka go nie dostrzegł, po czym w te pędy puścił się w kierunku terenu otoczonego krzakami i dawno wyschniętymi drzewami.
Ledwo Saszka zdążył wrócić, w lusterku wstecznym dostrzegłem ciężarówkę, która ze zwinnością pojawiła się przed nami, zagradzając drogę. Wysiadło z niej tuzin ludzi, odzianych w oliwkowe mundury, z karabinami w dłoniach. Otoczyli busa i przesadnym pokrzykiwaniem zmusili nas do tego, by wysiąść, po czym powalili na ziemię. Widziałem kątem oka, jak dwóch mundurowców otwiera tylne drzwi auta i przerzuca pudła z zaopatrzeniem. Poszukiwania nie zajęły im dużo czasu, bo moje wskazówki były precyzyjnie opisane.
Wyjęli pakunki z samego dna i otworzyli je. Leżakował tam sobie równiuteńki rząd stalowoszarych berett 92S kalibru 9 mm.
Cmentarz gubił rachubę czasu.
Bałem się tej wizyty bardziej niż wyznawca hemofobii boi się wizyty w przychodni celem pobrania krwi. Cmentarz Centralny w Siedlcach czekał na mnie, choć z pewnością jeszcze nie chciał, bym w nim zamieszkał. Jeszcze nie teraz. Najpierw należy pozałatwiać wszystkie sprawy na ziemi, zanim trafi się pod nią.
Kierując się w stronę Cmentarnej, przeszedłem obok katedry. Ta budowla sakralna zawsze robiła na mnie wrażenie, gdy spoglądałem na nią od dołu. Przez ostatnie piętnaście lat szczyty obu wież zdobiących świątynię towarzyszyły mi, gdy każdego poranka wpatrywałem się w niebo.
Odnalezienie właściwego grobowca nie zajęło mi dużo czasu, jakby miejsce samo posiadało jakieś przyciągające pole magnetyczne. Pomnik z ciemnego marmuru skrywał tylko jedną osobę, podpisaną w następujący sposób:
Ś.P.
PROF. DR HAB. ANTONI CZERWIEŃ
ŻYŁ LAT 57
REKTOR AKADEMII PODLASKIEJ W SIEDLCACH W LATACH 2001 – 2006
ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ TRAGICZNĄ 03.06.2006
BĘDZIESZ ŻYŁ W NASZYCH SERCACH
Na płycie leżały wieńce i wiązanki kwiatów, jakby od pogrzebu minęło nie kilkanaście lat, a ledwie kilka dni. Profesor był postacią lubianą w kręgu akademickim ze względu na osobistą dobroć, którą emanował na co dzień. Liczyli się z nim włodarze miasta i hierarchowie diecezji siedleckiej. Potrafił połączyć swego rodzaju surową niedostępność naukowca z ciepłem dobrotliwego ojca, do którego można było poskarżyć się na niesprawiedliwość wykładowców. Jego jedyną słabością – o ile można to tak nazwać – stał się fakt, że w swoim domu w Strzale koło Siedlec, dokładnie przy trzecim, czwartym i piątym kafelkiem pod wanną w łazience, trzymał sto sześćdziesiąt dziewięć tysięcy czterysta pięćdziesiąt dolarów.
Próżno wypatrzyć w tym coś złego; być może dla Antoniego gotówka miała stać się w przyszłości okazją do pomnożenia majątku, gdyby udało się trafić na korzystne przewalutowanie. Możliwe, że jako człowiek starej daty tudzież starej szkoły nie ufał bankom i wolał trzymać oszczędności w domu. Miał pecha; wrócił do domu w czasie, w którym winien jeszcze prowadzić wykład. Jacek pomylił się w podanych wskazówkach, przez co z podziału łupu wyszły nici, które nie zacerowały już podziurawionego nożem ciała.
Czerwień Senior. Król kier.
Czerwień Junior z pewnością nie aspirował do kandydatury na Syna Roku, ale nie zasłużył, by stracić ojca. Dziś nie tyle wyrównaliśmy rachunki, co udało mi się oddać część odsetek raty tego naszego studenckiego długu. Część z pewnością nieadekwatną, ale jedyną, która mogła posłużyć za rekompensatę.
Odmówienie modlitwy wieczny odpoczynek w tej sytuacji zdawało się być szyderstwem i nietaktem, więc pozwoliłem sobie tylko na to, by pod okiem wysączyła się łza. Niech spłynie z wolna po policzku, nawadniając krągły niczym kula śniegowa kwiatek.
Oficer ABW podziękował za owocną współpracę. Ja również mu podziękowałem. Tego ciosu nie powstydziłby się Mike Tyson. Zalany płynącą z nosa krwią oficer nie chciał się zrewanżować. Wiedział, że musi powiedzieć prawdę.
Jacek Czerwień współpracował z nim w grupie rosyjskich szpiegów. Człowiek z Abwehry był mu winien duże pieniądze za kokainę, wymyślił więc sposób, by pozbyć się natrętnego wierzyciela w białych rękawiczkach: kierując go w stronę człowieka, który miał z nim historyczne, niezbyt przyjemne powiązania i gotów byłby go wyśledzić. Zrozumiałem to w chwili, gdy przypomniała mi się nasza pierwsza rozmowa.
Potrzebujemy ich żywych, nie martwych.
Nieprawda.
Ludzie oficera śledzili mnie i podrzucali karty, bym szybko doszedł, o kogo tak naprawdę mu chodzi. Podpisał króla czerwo z błędem ortograficznym, by zrzucić winę na Ediego, bo wiedział, że się spotkaliśmy. Potem, widząc, jak kupuję papierosy, skorzystał z pobicia w parku. Podrzucił drugą kartę i niedopalonego chesterfielda. Trzeba przyznać, że mimo wybrakowań w mózgu, spowodowanych koksem, wymyślił całkiem trudnawą zagadkę, skoro nie potrafiłem od razu się jorgnąć. Zarzekał się, że dyrektor Brzozowski miał czyste intencje i o niczym nie wiedział. Teraz to już wszystko jedno. Jeden temat udało się nam wszystkim zrobić dobrze: dzięki współpracy funkcjonariuszy ABW i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy część broni nie trafiła w brudne łapy tajniaków GRU z Chersonia.
Nad zalewem siedleckim przebijało się słońce. Spoglądałem na matki z dziećmi, spacerujące wzdłuż akwenu oraz na chłopców, którzy grali w plażówkę. Lato miało możliwości, by tutaj rozwijać swoje talenty. Trawniki za chwilę będą gładko przystrzyżone. Praca żyła tu w symbiozie z wypoczynkiem. Przystanąłem z papierosem w ustach, by popatrzeć.
My również wszystko wyrównaliśmy, moje drogie Siedlce.
Oficer ABW – miał na imię Leszek – przekazał mi jedną radę, której nie brakowało słuszności: trzeba się stąd zabierać. Edi czyta Dostojewskiego w okratowanej celi, Saszka śni o Krymie bez ulubionej butli, a Wołodia zastanawia się, czy w przyszłości Borys Szyc zagra go w filmie sensacyjnym. Jednakże siatka powiązań z pewnością dłużyła się i prędzej czy później ktoś się na mnie napatoczy. No cóż, życie to spektakl reżyserowany przez Tego, kto będzie wiedział najlepiej, jaką rolę mi teraz zaproponować. Najważniejsze, że miał On plenipotencje, by wybaczać w imieniu wszystkich.
Spojrzałem na biegnącą dziewczynę. Jej rudy kucyk tańczył w takt delikatnych, wprawionych kroków: prawo, lewo, przód, tył. Kiedy dostrzegła mój wzrok i odwzajemniła uśmiech, zrozumiałem, że nigdzie się stąd nie ruszę.
Wolność w Siedlcach pachniała skoszoną trawą.