Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału książki pióra Krzysztofa Chłopka. Autor w szczerej, wyrazistej opowieści przedstawia relację wnuka z dziadkiem, którego życie zasłużyło na literackie, a może nawet i filmowe upamiętnienie.
– I co? Umarł Dominik.
Ani to stwierdził, ani zapytał Heniu Drobniczek. Przygarbiony, jak to on, w kufajce, nie wiadomo, czy takiej wypłowiałej, czy brudnej. I tym razem, jak zwykle, kręcił się przy drodze blisko swojego domu, w którym miał kąt do spania, talerz z jedzeniem i spokój, byle się tylko nie odzywał. W końcu przecież głupi. Ale czy na pewno głupi, to nie wiadomo. Mama opowiadała, jak jeszcze przed wojną i zaraz po, już w Łosiowie, mówiono o nim, że najmądrzejszy we wsi, ale jakiś dziwak. Ponoć całego Pana Tadeusza znał na pamięć, co pewne nie jest, w przeciwieństwie do tego, że pisał ludziom listy i pisma do różnych urzędów. Tylko że poza tym jakiś nienormalny. Patrzy tak jakoś, jakby w dal czy w głąb swojej głowy, może i widzi coś więcej? I bez przerwy książki czyta, a do roboty się nie garnie. To po co taki chłop w domu? Ale jak już pokarało takim rodzinę, to trzeba się było pogodzić z losem i dać głupkowi jakieś proste zadania, a to niech zamiecie, a to wody naniesie, kury zagna do kurnika… I tak z nim zrobili, najpierw rodzice, potem siostra, jej dzieci i wnuki. A po robocie kręcił się przy drodze rok po roku. Przejeżdżające auta zwalniały, bo wyglądał, jakby chciał się pod nie rzucić, tym bardziej że gadał sam do siebie, mocno przy tym gestykulując. Teraz, po latach, przyszło mi do głowy, że może w tych wszystkich książkach, które przeczytał, i pośród myśli, które przemyślał, znalazł coś na temat świata tak potwornego, co go tak przeraziło, że nie wiedząc, co z tym zrobić, zamknął się w sobie, może nawet rzeczywiście zwariował. Ale co to znaczy: zwariować? Bo czy można kogoś określić normalnym? Czy ktoś ma prawo wyznaczać jakieś ramy w tej kwestii? Jeden mój dziadek Dominik wierzył w swojego kuzyna Henia, mówiąc zawsze, że to bardzo mądry człowiek, najmądrzejszy we wsi, tylko nikt go słuchać nie chce, a i w domu go durniem nazywają i krzyczą na niego, że aż się przestał odzywać. Faktycznie aż do teraz nigdy nie słyszałem, żeby się głupi Henio normalnie, zwyczajnie odezwał.
– Ano, umarł – powiedziałem i zapadła dziwna, pełna pustki cisza.
Odwrócił się, dotknął czapki i pokuśtykał chodnikiem dalej, żeby za chwilę zawrócić i znowu, i dreptać tak cały dzień. Zastanowiło mnie, czy przyjdzie na pogrzeb. Wiele lat temu jeszcze chodził do kościoła, odpowiadał dzień dobry. Później zdziczał całkiem. Ja też ruszyłem dalej. A potem się zaczęło.
Cmentarz to dobre miejsce na początek historii. Gdy się stoi nad grobem i patrzy w dół, w głowie rodzą się myśli o czasie przeszłym i przyszłym, ale dotkliwości teraźniejszości też nie daje się zagłuszyć. Kiedy dziadek stał nad grobem Stacha Górnego, Kazika, starej Kostusi czy nawet własnego ojca, zaraz przenosił się w czas przeszły, trudny i bolesny prawie jak obecna chwila, ale dzielony wspólnie z tym, który teraz słyszał stukot ziemi sypanej na wieko. Miał taki wehikuł czasu, który jednak potrafił działać tylko w tył. To, co miało nastąpić, stanowiło kwestię wiary. Żeby go uruchomić, musiał założyć specjalny kombinezon złożony z kufajki, kaszkietu, drelichowych gaci i gumowców. Następnie trzeba było otworzyć magiczne, drewniane drzwi i przestąpić próg. Szopa dziadka należała tylko do niego. Była królestwem, w którym panował niepodzielnie i sprawiedliwie, jako władca mądry i roztropny. Była azylem, do którego uciekał i w którym mógł się ukryć jako prześladowany zbieg. Nikt w niej nic nie trzymał, nikt nie wiedział, co tam może znaleźć, na co się natknąć, potknąć, przewrócić albo skarb odkryć. Każdy za to wiedział, że w świecie tej marnej komórki wszystko jest inaczej, że w tym ciemnym, biednym zaułku rzeczywistości więcej spotkać można aniołów niż diabłów. Głębia szopy poddawała w wątpliwość wszelkie ludzkie rozterki. Porównywała ludzkie tragedie do bezkresu wieczności, dramatu całej historii, bo zawierała całą historię. Historię gospodarstwa, osób, które do niej wchodziły przed laty i będą wchodziły kiedyś, przedmiotów, które w niej leżały, ich byłych oraz przyszłych właścicieli, miejsc, z których tu trafiły i do których trafią, a nawet ludzi w tych miejscach żyjących.
– Przestań pierdolić – mówiły zatęchłe, wytapetowane pajęczynami, obskurnie brudne ściany, kiedy się czymś martwiłem. – Ciotujesz.
Wychodziłem wtedy na zewnątrz, patrzyłem w socjalistyczne czy demokratyczne słońce i dochodziłem do wielce pokrzepiającego wniosku, że chuj z tym. Dziadek siedział wiecznie na schodach tej szopy i coś majstrował, chyba że nie siedział, bo majstrował gdzie indziej – w stodole, w garażu, w stajni, w składziku paliwa, do którego nigdy nie mogłem wchodzić, bo niebezpiecznie, bo dziecko. Te dwa zewnętrzne schodki przed drzwiami ze starych desek zostały tak ustawione, że nigdy nie były narażone na gorące promienie słońca. Od rana aż do wieczora znajdowały się w cieniu. Albo jakiś Niemiec, który je budował, był genialnym konstruktorem schodów i astronomem, albo szopa wychodziła ze swoją magią już przed próg.
Stary Domińko tworzył. Budował jakieś wielkie coś ze sterty niepotrzebnego badziewia. To, co wymajstrowywał, zawsze miało określone zastosowanie. Jego wiejskie, zrobione z gratów wynalazki śmiało mogły konkurować ze sztuką użytkową Edisona czy Bella. Tyle że oni swoją pracę puścili w świat, a dziadek zostawiał dla siebie i dla nas, jego biegających za kurczakami, podbierających kurom jajka z gniazd i co dzień wdeptujących w gówna potomków. Miały ułatwiać życie. Koniec. A ono zaczynało się i kończyło w obrębie płotu okalającego podwórko, które sobie zajął, a które później rozszerzało się mentalnie, czasem nachalnie. Na przykład ten nietypowy studzienny mechanizm. Spichlerz na zboże przeznaczone na mąkę i siew wygospodarował Dominik wprost nad garażem, w którym parkował traktor. W odpowiednim dniu podczas żniw, gdy gospodarz oddzielił już ziarno w zależności od jego przeznaczenia, wypełnioną po brzegi przyczepę wpychano do garażu i oto następowała rzecz niezwykła: sklepienie pomieszczenia otwierało się na ten przyszły chleb, złocisty niczym samo niebo, i ze sklepienia tego zstępował srebrzysty hak na łańcuchu. Wystarczyło zawiesić na nim baniak wypełniony pszenicą czy rzepakiem albo najgorzej jęczmieniem – bo wszystko od niego swędziało, zwłaszcza gdy się człowiek spocił – i obserwować, jak zmierza on ku górze. W praktyce wciągany przez kogoś na korbie. Dwóch więc stało na przyczepie, boso, bo nie daj Boże podeptać buciorami chleb, i ładowało baniaki do pełna, na przemian chwilę odpoczywając, a dwóch na górze – jeden kręcił korbą, drugi wysypywał zboże z przychodzących baniaków za siebie, na specjalnie przygotowane miejsce. Wszystko tam było posegregowane jak bochenki chleba w piekarni. Tu zwykły, tu pełnoziarnisty, tam żytni, a tam bułki. Tak samo w dziadkowym spichlerzu. Tu pszenica, tu rzepak i cała reszta, według jego woli. No i woli Boga, bo bez niej dziadek ani rusz. Dzięki temu ludzie taszczący worki ze zbożem na plecach po stromych schodach swoich spichlerzyków jawili się jako biedne, prymitywne istotki. Myślę, że wynalazek ten powinien zostać opatentowany. Ale nie został. Zresztą do dziś pozostaje tajemnicą, wynikającą nie z chęci ukrycia geniuszu konstruktora, a raczej z przekonania o jego nieistotności.
Przez całe swoje życie oprócz majstrowania dziadek snuł opowieść. Praktycznie nigdy nie przestawał. Wystarczyło go włączyć, zbierając się na jakieś pytanie, kierowane bezwzględną grzecznością litościwego słuchacza lub rzeczywistym zaciekawieniem. Natychmiast zaczynał mówić, opowiadać, zachwycać, ale i nudzić, gdy męczył już któryś raz to samo.
– Dziadek, ja to wiem, to już mówiłeś.
– Ano to dobrze, to ja tylko dokończę.
Był także niemożliwym, nienaturalnym, niemającym racji istnienia przykładem na to, że można nie stać się bydlakiem w bydlęcym stadzie sąsiadów, parafian, współobywateli, narodu. Wyznaczał obiektywne istnienie dobroci czystej i bezinteresownej, a co najdziwniejsze, nikt nie próbował go za to kopać po dupie. Bo była to dupa szanowana powszechnie: za czarną robotę, niewidoczne zasługi, jak tysiąckrotne pożyczenie przyczepy, podarowanie, gdy ktoś chciał coś od niego kupić, a nie miał za co, czy Ruskich nakarmienie, gdy przyjechali handlować i przed sklepem na tych swoich stołeczkach, używanych u nas powszechnie przy dojeniu krów, pilnując porozkładanego na kocach wszelkiego rodzaju badziewia, zwanego buńczucznie towarem, dzień cały o suchym pysku siedzieli. Powszechny szacunek był zatem orderem, który społeczność miejscowa podarowała dziadkowi za całokształt twórczości. Taką wiejską, małą Pokojową Nagrodą Nobla. Szczycił się tym bardzo.
– Wiesz, przyszedł kiedyś do mnie stary Marczewski, mówi, że na remont kościoła idzie zbierać, jako że z rady parafialnej i ksiądz posłał na wieś. Idź, odpowiedział ja, dam i ja na kościół. Ale wiesz, Domińko, on mówi, tak po prawdzie to mnie nie każdy chce dawać, a jakbyś ty poszedł ze mną, to choćby tylko stał i nic się nie odzywał, to jak zobaczą, że ty też zbierasz, to już na pewno więcej dadzą! Więcej on nie chciał mnie powiedzieć, ale ja wiedział swoje, że ludzie Marczewskiego niepewni, czy te pieniądze to wszystkie na kościół trafią, czy na co inne. Bo on i wypić lubi. Ale poszedł ja z nim i nic się nie odzywał, a niejeden mówił: O, jak Domińko zbiera, to damy, pewno, że damy. Bo widzisz, Krzysiek, będziesz uczciwy, to ludzie ci będą pamiętać, a będziesz oszukiwać, to też będą pamiętać, może i jeszcze bardziej.
Mimo że noblista, jak każdy facet raz na jakiś czas leciał na pysk w czeluści różnorakiego paskudztwa. Chwytał się wtedy swojej niezawodnej poręczy i ratował przed niechybną zgubą oraz zeszmaceniem. Słyszałem, ale i widziałem, jak nieraz tonął w śmierdzącym błocie życia, gdy nagle, niczym z obłoków, wypływała mała dłoń babci Józi i zewsząd dał się słyszeć jej głos:
– No co ty, zdurniał, stary?!
I dziadek, przywrócony do normalności, obmywał się z feI dziadek, przywrócony do normalności, obmywał się z fekaliów jakiegoś głupiego pomysłu zaklęciem:
– Za babą nie dojdziesz. Nie ma co gadać.
Zaraz gdy tylko przyjechałem, siedziała z innymi na ganku. Musiałem się zerwać z pracy po telefonie mamy, bo chciałem go jeszcze raz zobaczyć w jego domu. Jakoś się pożegnać, jeśli to w ogóle możliwe. Nie mogłem jednak skończyć roboty. To był piątek, miałem mnóstwo reklam do poskładania i zaakceptowania, była już jedenasta, pracowałem tego dnia z domu, więc nie chciałem robić zamieszania, żeby mnie zastępowali, tylko skończyć najpilniejsze rzeczy i dać sobie z pracą spokój na ten dzień. Denerwowałem się, bo jakaś mała pierdoła mi zalegała i musiałem czekać, aż grafik odeśle mi wersję, a ja kliknę akceptację. Tymczasem sprawa się przedłużała, więc wrzuciłem laptopa do auta i pojechałem najszybciej, jak się dało, z nadzieją, że będę przed pogrzebowym. Gdy wjechałem na podwórko, akurat wychodził Zwykły. Trzeźwy na szczęście, bo bałem się, że gdy się dowiedział, od razu musiał się napić, a nie miałem siły się z nim kłócić. Zawsze gdy coś go przybiło, zaczynał chlać. Teraz na szczęście był trzeźwy, choć sprawiał dziwne wrażenie. Ale jak miał nie sprawiać w tej sytuacji? Ja pewnie też prezentowałem się nieswojo.
– Zdążyłeś – powiedział tylko.
A ja odparłem:
– Ja pierdolę.
Bo nie wiedziałem, co powiedzieć, i zaczynało mnie ściskać w żołądku.
Zwykły poszedł, a ja ruszyłem w kierunku domu. Na ganku siedzieli wszyscy: mama, ciotka Zula, Mietek i chyba jeszcze ktoś, ale nie pamiętam. Nikt się nie odzywał. Podszedłem do babci, takiej malutkiej, pomarszczonej, skrzywionej. Siedziała na murku i kiwała się w przód i w tył, czasem na boki, jakby miała z tego murku zaraz spaść. Ucałowałem ją w policzek, nic nie mówiąc.
– Dziadek jeszcze leży – powiedziała.
Kochali się tak bardzo, tak wielkim się darzyli uczuciem, że jeśli już, to zawsze sprzeczali się ze sobą zaciekle, z uporem nie ustępując drugiemu, jakby tu o życie szło, o zasady niepodważalne. Tymczasem za każdym razem, bez wyjątku i bez najkrótszej chwili odejścia od tej reguły, jakby utrzymującej w ryzach porządek wszechświata, szło im o to samo. Im zacieklej się sprzeczali, im bardziej jedno drugiemu argumenty zbijało, swoje na wierzch wywlekając, tym zgodniejsze mieli w danej kwestii zdanie. On bez niej żyć nie umiał. Już na odwrót bardziej, choć nie z powodu mniejszej miłości babci, jak z większej siły charakteru i innej wrażliwości, nie tak ckliwej i przesadnej jak dziadka. Na przykład gdy bywała w sanatorium ze starą Helenką czy Franią na zdrowotnych wojażach, Domińko tracił apetyt i wpadał w apatię. Nawet nie bardzo majsterkował, zajmując się, jak się wszyscy domyślali, liczeniem dni. Sam w sanatorium był raz, w Ciechocinku. Trafił tam na współlokatorów, z których jeden ciągle chlał wódę ze wszystkimi tego konsekwencjami, jak smród, czkawka, chrapanie, parskanie oraz nieustanne namawianie pozostałych kuracjuszy do napicia się z nim, a drugi się stroił, perfumował lawendą przeciw molom i każdego dnia szukał okazji do przygodnego seksu, co podobno na sanatoryjnych dancingach wcale nie jest skazane na niepowodzenie. Potem w pokoju, używając mało wysublimowanych aluzji, próbował przechwalać się, co też on nie wyczyniał z Halinką z Sieradza czy Lucyną ze Skierniewic. Domińka to, ma się rozumieć, oburzało, ale w konflikty nie wchodził, więc ze stoickim spokojem grzeszył w duchu, nazywając w myślach swoich kumpli z pokoju pijakiem i kurwiarzem. Toteż ucieszył się ogromnie, gdy mój ojciec postanowił go w Ciechocinku odwiedzić. A że droga daleka, ojciec wziął ze sobą najstarszego z wnuków Dominika, wówczas szesnastoletniego Tomka. Dziadek od razu chciał im pokazywać tężnie, tymczasem sytuacja skomplikowała się po wejściu do pokoju. Przecież w domu czekali na wieści, w jakich to warunkach został zakwaterowany kuracjusz Lisiwski, i goście musieli na nie rzucić okiem.
– A, koledzy, napijemy się? – współlokator pijak szybko zwęszył okazję do biesiady. – Młody skoczy do monopolowego, a my tutaj spróbujemy flaszeczki, co mi została jeszcze, schowana w szufladzie ze skarpetami. Tak po jednym, za tę nową znajomość!
Ojcu nie wypadało odmówić, Tomkowi w to graj, więc poszło, jak to zwykle bywa w kraju nad Wisłą, i współlokator kurwiarz, wracając o czwartej nad ranem, zastał w pokoju pijaka, charczącego jak zawsze, dwóch nieznajomych chrapiących na podłodze w przejściu między łóżkami i dziadka Domińka, niestety, nie wiadomo w jakim stanie, ponieważ panowie honorowo zawarli zmowę milczenia, której żaden z nich nigdy nie przerwał. Z pojedynczych słówek rzucanych w żartach przez lata udało mi się tylko wywnioskować, że zachował się jak na gospodarza przystało i sam latał po mieście za gorzałą, gdy się skończyła. Więcej więc do sanatorium jechać nie chciał, bo mu w domu najlepiej. W tym domu, który zaczął oswajać w szesnastym roku życia. Pierwszy, z którego jak chwast został wyrwany, pozostał daleko, ale nigdy do końca nie pozwolił się opuścić. Spalony, odebrany gwałtownie, ale wryty w chłopca, mężczyznę, starca tak bardzo, że bez tej blizny, bez tej sączącej się rany na sercu dziadek byłby być może dziadkiem kogoś innego. Moim nie.
Wymyśliłem sobie w dzieciństwie, że napiszę o nim książkę. Sam nie wiem, czy to z siebie taką myśl powziąłem, czy on jakoś na mnie wpłynął, gdyśmy krowy pasali. Raz mu nawet obiecałem w przypływie emocji.
– Dziadek, ty to miałeś życie.
A on mi na to:
– Ech, Krzysiek, tak sobie myślę, że o tym moim życiu film by można było zrobić.
– Nie film, dziadek, ale książkę to się napisze.
Książkę o życiu czy film nawet. Ale czy to warto pisać taką książkę o życiu? Czy życie da się tak do książki wpisać? Przecież to jedno życie tak jest z innymi poplątane, że chcąc nie chcąc, o różnych ludziach, co to ich życia z życiem głównego bohatera się splątały, wspomnieć trzeba. A przy wspomnieniu o nich do kolejnych żyć się dochodzi. Bo głupio tak przecież o kimś wspomnieć jednym tylko zdaniem, że był taki. Był i umarł – to na grobie jest napisane. Albo z dopiskiem: „Bóg tak chciał” czy „Powiększył grono aniołków” lub „Spoczywaj w pokoju”. Niektórzy piszą zmarłym na grobie, że był lekarzem czy adwokatem, ale nie wiem po co. Jaka to różnica dla Boga, kim kto był? Już ważniejsze jest chyba, jaki był? Bo i lekarz, i adwokat bywa świnią. A bezrobotny i nic dla nikogo z pozoru nieznaczący – dobrym człowiekiem. Choć może się nie znam. Ludzie przywiązują wielką wagę do form. Czasem nawet większą niż do treści. Pięćdziesiąt zniczy na grobie zapalają, kwiatami go okładają, a jednej zdrowaśki nie chcą zmówić, bo im to do głowy nie przyjdzie, czy tak z przekonania, nie, bo nie. Mówię żonie, że mi nad grobem tylko modlitwa i bez pachnący wystarczą, bo lubię bez, bez tych wszystkich bibelotów straganowych, nie chcę przez grób jak pajac wyglądać. Tak i w książce o kimś wspomnieć, to już zaraz ciągnie głębiej jego historia, że można by książkę w książce napisać i kolejną, i kolejną, a tego czy tamtego historii nie rozwinąć nie wypada, bo to jakby uznać, że jedno życie od drugiego ważniejsze i ciekawsze. A przecież każde życie na osobną książkę się nadaje. Nawet się mówi, że każdy z nas pisze księgę swojego życia. Może i na tym poprzestać? Skoro już o każdym życiu książka jest? Tylko żeby ją jeszcze wydrukować i wydać – bestseller murowany. Chyba że rzeczywiście ludzie wolą czytać takie historie o nieżyciu. Gdzie wszystko jest słodkie, szczupłe, bogate i zdrowe. To nigdy nie wiadomo.
Postanowiłem jednak zebrać się i napisać książkę o dziadku, choć z pełną świadomością ryzyka, jakie podejmuję. Najpierw myślałem, że będę pisał w przypływie natchnienia. Było świetnie. Semestr zimowy. Osiemnasta trzydzieści, ciemno, zimno i ja w sali wykładowej, wysiadujący sobie zaliczenie z wykładu fakultatywnego na temat życia i twórczości Messy Selimovicia. Wykład odbywał się o tej godzinie ze względu na to, że kierowano go do pasjonatów poruszanej tematyki i przede wszystkim miał być w języku serbskim. Nikogo jednak o tych założeniach nie poinformowano, więc młoda doktorantka, która go prowadziła, musiała się zderzyć z brutalną akademicką rzeczywistością i zrozumieć, że na jej wymuskany kurs zapisali się kombinatorzy planujący w tym czasie robienie czegoś innego, lenie mający nadzieję na przesiedzenie na czymś mało inwazyjnym oraz ci, którym nie pasował żaden inny termin, a na coś trzeba było się zapisać. I oczywiście nikt po serbsku ni w ząb. Ileż ja miałem wtedy natchnienia! A potem nastała wiosna. Nie żebym od razu pisanie odłożył na bok i dawał się ponieść wiosennym emocjom, ale to był czas przeznaczony na kończenie pracy magisterskiej. Trochę mnie to zraziło, bo wiadomo, że praca magisterska, choćby dotyczyła najbardziej pasjonującego tematu, jest procesem siermiężnym. Książka o dziadku musiała poczekać. To nic, myślałem sobie, historia nie ucieknie, a dziadek jeszcze nową dopisze.
Bo też i miałem wątpliwości, czy można zakończyć czyjąś historię, kiedy on jeszcze żyje. To tak, jakbym z ostatnią stroną już mu życie zakończył, kiedy on jeszcze tyle może. Poza tym jakby to wyglądało, gdybym mu dał do przeczytania skończoną książkę o jego życiu, które trwa? Może by sobie pomyślał, że już chyba za długo żyje i czas umierać? Nie chciałem ryzykować. Nie spieszyło mi się, tym bardziej że dziadek co rusz opowiadał
mi coś nowego o swoim życiu, czego jeszcze nie wiedziałem. Dobrze mu szło to opowiadanie. Myślę sobie nawet, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej, mógłby żyć z tego opowiadania. Ludzie dzielą się na różne kategorie opowiadaczy. Takich, co lubią i potrafią mówić o przeszłości, zaciekawiać historią, której nie ma w książkach, a teraźniejszość, póki trwa, nie jest dla nich godna opowiadania. Takich, co o niczym nie opowiadają, bo trzymają wszystko w sobie i dla siebie, jakby to opowiadanie sprawiało, że tracą historie, które noszą, i tracą przez to część siebie. Są też miłośnicy mówienia tylko o teraźniejszości. Kto z kim spał czy w krzakach tylko chwilę się bzykał, kto się upił, komu dom spłonął i dlaczego, a ten z tamtym to skurwiele, matki nie szanują… Takich opowiadaczy jest najwięcej. Czy to źle? Nie wiem, ale zawsze można się czegoś od nich dowiedzieć. Czegoś, co czasem nawet życie uratuje.