Zapraszamy do wyjątkowo wyrazistej lektury XXVIII rozdziału powieści autorstwa Jacka Brzozowskiego. Ta kryminalno – historyczna, misternie utkana opowieść wciągnie Cię w wir niezwykle tajemniczych wydarzeń jak wody gdyńskiego basenu portowego…
Okolice Morskiej Stacji PAN w Sopocie
Śnieg skrzypiał pod butami Witolda Jastrzębskiego, gdy zsunął się z ciemniejszego fragmentu parku i zajął pozycję, obserwując boczne drzwi Stacji, z napisem „Tylko dla pracowników”. Księżyc odbijał się w lodowych taflach zalegających między falochronami. W powietrzu pachniało solą, która mieszała się z aromatem mokrego drewna i zimnego betonu. Modernistyczny gmach Łazienek Południowych, przerobiony na obiekt naukowy PAN, wyglądał jak lodowiec wbity w piasek.
Jastrzębski wyciągnął z kieszeni papierosa, ale nie zapalił. Musiał uczyć się cierpliwości, choć jego przeszłość w RAF-ie wciąż domagała się nagłych, gwałtownych ruchów. Teraz musiał być cieniem. Musiał czekać.
Doktor Janusz Kwiatkowski pojawił się kilka minut po osiemnastej. Z budynku wyszedł szybko, jak ktoś, kto nie chce spędzać ani chwili więcej w lodowatym biurze. Płaszcz miał niedopięty, w ręku niósł teczkę, a okulary momentalnie zaparowały, gdy uderzył go chłód nocy. Ruszył w stronę stojącego w pobliżu samochodu, pochylony, jakby walczył z wiatrem.
– Panie doktorze… – głos Witolda zabrzmiał z mroku.
Kwiatkowski drgnął i zatrzymał się. Nim zdążył coś odpowiedzieć, ręka Jastrzębskiego zacisnęła się na jego ramieniu i wepchnęła go w ciemniejszą wnękę przy murze.
– Milicja – syknął Witold, choć nie pokazał legitymacji. – Chcę tylko kilku odpowiedzi.
– O co chodzi? – oceanograf próbował zachować spokój, ale głos miał cienki, rozedrgany.
Jastrzębski przyparł go do ściany. – O ten obiekt, doktorze. Ten, który wpadł do portu w Gdyni.
Teczka wypadła z rąk Kwiatkowskiego. Witold docisnął go mocniej.
– My… nie powinniśmy rozmawiać… – jęknął doktor. – Tylko wojsko ma prawo…
– Chyba byłem zbyt miły – Witold odsłonił kaburę.
Słowa padały powoli, wyciągane jak drzazgi. Kwiatkowski tłumaczył, że na pierwszy rzut oka sądzili, że ogromna półprzezroczysta beczka zawiera iperyt. Ale substancja była zbyt gęsta, zbyt ciężka, a szkło, o ile to było szkło, nie nadawało się do przechowywania gazów bojowych.
– Beczki z iperytem mają inny kształt, panie milicjancie. Zresztą, kto widział, żeby szkło wytrzymywało uderzenie o dno portu? – Kwiatkowski potrząsnął głową, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. – A jednak to coś nie pękło.
– Więc czym to jest? – warknął Jastrzębski, dociskając łokieć do jego piersi.
– Nie wiem. – Oceanograf próbował się uśmiechnąć, ale zamiast tego wydał dźwięk przypominający kaszel. – Oficjalnie… nie wiem.
Milicjant uderzył go otwartą dłonią w policzek. Echo rozniosło się po pustej plaży.
– A nieoficjalnie?
Kwiatkowski przełknął ślinę. Wydawało się, jakby mówił o pół oktawy wyżej:
– Słyszeliśmy kiedyś z wojskowych kręgów, że Bałtyk jest pełen trupów po wojnie. Tysiące ton zatopionej broni chemicznej. Niemcy mieli zostawić nawet sto tysięcy ton. Iperyt, fosgen, tabun… Nikt dziś nie wie, gdzie dokładnie.
– I twierdzisz, że to, co znaleźliście, to resztka po Niemcach? – Jastrzębski zmrużył oczy.
– Nie do końca. – Doktor spuścił wzrok. – Wygląda inaczej. Za nowocześnie.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana miarowymi uderzeniami morza o falochrony. Wiatr niósł drobny śnieg.
– Powiedz mi wprost, doktorze – Witold nachylił się tak blisko, że ich oddechy mieszały się w mrozie – tej beczki trzeba się bać?
Kwiatkowski uniósł na niego oczy. Były mętne, przerażone, ale błyszczała w nich resztka uporu.
– To nie była beczka, panie władzo. – Jego głos zadrżał. – To było urządzenie.
– Urządzenie do czego?
– Nie wiem. Ale jedno mogę powiedzieć… – urwał, jakby ważył słowa. – W środku coś się ruszało. Jakby przetaczała się ciecz.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była gęstsza niż mróz. Witold puścił jego płaszcz, ale nie odsunął się.
– Ruszało się? – spytał powoli.
Doktor skinął głową.
– Jak duch. Dlatego bali się wszyscy. Nawet wojskowi.