Sołtys Lubelszczyzny wziął i wydał książkę! Czy udało mu się przenieść ten swój niepowtarzalny, swojski humor na karty powieści obyczajowej? Odpowiedzi na to pytanie poszukał Kamil Rycerz. Zapraszamy do analizy.
Persona non grata… to zaproponowany przez wydawnictwo Otwarte debiut literacki Kamila Dąbrowskiego. W bardziej dynamicznym od książek świecie filmików, rolek i TikToków jest on rozpoznawalny jako Sołtys Lubelszczyzny. Na kartach powieści znajdziemy znanych z sołeckiego uniwersum bohaterów: Jurka Maciaszczyka, jego żonę Halińcię, syna Marcinka bądź szwagrów Zbyszków.
Fabuła jest absorbująca: na skutek spisku (wiejskiego zasięgu) sołtys przestaje być sołtysem, traci pracę, traci szacunek we wsi. Na domiar złego trzeba szybko wyprawić wesele synowi, bo wnuk w drodze. Problemy mnożą się bez ustanku. Dotąd wszystkowiedzący Sołtys traci rezon; na szczęście ma żonę, która potrafi wydawać rozkazy z posłuchem godnym generała w trakcie stanu wyjątkowego. W efekcie Jurek emigruje za chlebem do stolicy, lądując w najniższym kręgu piekła korporacji.
Pomysł przeniesienia swojskiego, lubelskiego humoru na literaturę wydaje się ciekawy, ale jednocześnie dość ryzykowny. Czy się udało? Po części na pewno. Słowa bądź przemyślenia głównego bohatera kipią charakterystycznym sposobem mówienia Jurka, ale bez wyjątkowej interpretacji aktorskiej Dąbrowskiego – która zarobiła na Jego internetowy sukces w większym stopniu niż scenariusz – komizm wydaje się być nieco obdarty ze skóry, przez co może miejscami brzmieć jak zarys skeczu amatorskiego kabaretu.
Powieść nie świeci fajerwerkami literackimi, ale też nie w takim celu została napisana. Tekst sprawnie przewozi Czytelnika przez bardzo ludzkie (ale zakończone spektakularną puentą) perypetie uroczej rodziny niczym niespóźniony pociąg na trasie Gołaszyn – Warszawa – Gołaszyn. Fundamentem są tutaj dialogi: naturalne, zabawne, na swój sposób błyskotliwe. Niektóre naboje, zaaplikowane do wypluwającego gagi karabinu, daleko chybiły, jak np. nieznajomość popularnej na całym świecie sieci barów na literę M, która ma swój punkt w pobliskim Łukowie, czy też nierealne w dobie powszechnego dostępu do informacji zdziwienie dotyczące gęstości korków na warszawskich ulicach.
Dla fanów zabawnych filmików to propozycja obowiązkowa. Dla tak zwanych Słoików – również. Dla tych, którzy ze Słoików kpią – pozycja, która powinna udowodnić, że z pozoru prosty mężczyzna ze wsi ma na czym czapkie nosić, jak mawiał Kazimierz Pawlak, i potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji.
Ocena ogólna: 5/10.