Czy można uszczęśliwić człowieka kulturą na siłę? Czy jest w stanie to zrobić bezbożna, zadufana w swoim pseudointelektualizmie Partia? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w zielonogórskim opowiadaniu pióra Mieczysława Bonisławskiego.
Pierwsze spotkanie z nową paczką w knajpie pod redakcją. Bufet, przy bufecie taborety.
Puste. Długi stół w głębi, po prawej, od strony zaciemnionych okien.
– Będziesz, Alicjo, oczywiście jako dobra córka, kontynuować rodzinne tradycje…?
– Nie wiem, chyba tak.
– Dajcie dziewczynie spokój.
– Czemu, niech wie.
– Co mam wiedzieć?
Sekretarz redakcji, Świtała – nieformalny opiekun naszego domu, przyjaciel Ojca, zanim ten nas opuścił – sięgnął przez cały stół po półlitrówkę. Chociaż nigdy tego nie robił, nalał sobie i starszyźnie (w sumie ze dwóm osobom, nie z redakcji, ale historykom z pracowni konserwatorskiej Klema, z którymi – z oczywistych względów już bez samego sepleniącego Klema – bawili się w taki teatrzyk radiowy) i oddał flaszkę komuś „młodszemu” (stanowiskiem). Wystarczyło to jednak, aby wszyscy zamilkli. Milczenie zaczęło się przeciągać, a że wtedy jeszcze dla towarzystwa piłam razem z nimi, łatwo odniosłam wrażenie, że przeciągało się zbyt długo. Łatwo mi też przyszło wykrzyczeć słowa, jakich potem już nigdy nie używałam w takim gronie:
– No co, do cholery, mam wiedzieć?! Czy ktoś mi to w końcu wygarnie, czy też siedzą tu sami frajerzy?
Większość chyba nie wiedziała, tak samo jak ja, o co chodziło (jaka miła iluzja, prawda?). Ich zaciekawienie wzrosło teraz w dwójnasób: o jaką tajemnicę chodziło, a może (nawet bardziej) – jak też zareaguje człowiek, który zaczął ten wątek i któremu taka gówniara jak ja, tak się postawiła?
Tym człowiekiem był wielki On, Horowicz, promowany przez partię na stanowisko naczelnego, po Lemieszu (poprzednim naczelnym, którego ponoć zmuszono do odejścia w pięćdziesiątym szóstym), pierwszy po Bogu na tym okręcie. Albo moja kariera miała się teraz zakończyć, zanim cokolwiek jeszcze własnego opublikowałam, albo sprawę musiał załatwić drugi po Bogu, sekretarz redakcji.
Stało się to drugie. Świtała wstał zza stołu, zrobił krok w moją stronę i podniósł mnie z krzesła. Wziął pod rękę i lekko wypchnął na środek sali.
– No, moi drodzy. Za bardzo coś witacie nową koleżankę. Nie mierzcie jej według siebie, mocna głowa przyjdzie po pierwszym, drugim, trzecim dużym artykule… Chodź ze mną córciu, przeprośmy na chwilę kolegów…
I wtedy, w szatni, gdy mi zakładał na ramiona lekki płaszczyk, Świtała powiedział te słowa, których nie mogłam sobie przypomnieć tego ranka:
– Twój Ojciec tak naprawdę zdążył napisać jeden duży artykuł. Właściwie, biorąc pod uwagę, że to był jego ostatni u nas tekst, trzeba go traktować jak swoiste memento. Szczególnie, że w jakiś sposób zaprezentował w nim swoją własną ścieżkę, pracę tutaj – w Zielonej Górze.
Wspięliśmy się po stromych schodach ku wyjściu z budynku redakcji (knajpka była ulokowana na poziomie piwnic). Otworzył drzwi i pchnął mnie na dwór.
– Horowicz, no wiesz, zastępca, stary wyga, miał duże ambicje, które sprawa Ostrowskiego i to, jak twój Ojciec ją poprowadził, nieco utemperowała. Potem, jak ją opisał, ten stary zawistnik poczuł się jeszcze bardziej urażony. Pamięta mu to do dziś. Nie wzoruj się na Ojcu, nie kontynuuj jego pierwszego tekstu, a przynajmniej unikaj pretekstu, aby ktoś cię tak odbierał.
– Wiesz co? – i to było to właśnie zdanie – Szoruj, córciu teraz prosto do domu, wyciągnij z Olympii Ojca jakąś starą, zapisaną kartkę i wkręć na jej miejsce nową, zupełnie czystą. U mnie i u wielu rozpoczynasz nową kartę, swoją.
I dodał jeszcze coś, co nie dawało mi spokoju za każdym razem, jak tylko to sobie przypomniałam:
– Rola córki ma swoje granice. Nie chcemy, abyś kończyła to, co zaczął twój Ojciec, nie musisz. Jego tekst niech zostanie taki, jakim on sam go zostawił…
* *
…Klem pochylał nad stolikiem nie dalej jak wczoraj wieczorem. Piliśmy trochę na dole, pod redakcją, w nowym Klubie Dziennikarza, potem „Pod Orłem”, a na końcu w „Ratuszowej”.
Lub odwrotnie.
Ha, piliśmy! Przecież mnie odrzuca od samego zapachu tej ohydnej wódy. A więc, ja nie piłam, tak dla jasności. A może właśnie powinnam?
Klem był usposobiony tym razem plastycznie, miał swój dzień malarski. Popatrzył na mnie zza zasłony dymu z tlącego się tytoniu:
– To nie jest dobry pomysł, aby tam jechała Alicja. Widziałaś siebie w lustrze? Przecież ty emanujesz kobiecością u progu. Jesteś jak pąk tulipana, który za chwilę pęknie w stronę wszechświata jaskrawą czerwonością. Tylko to nie będzie barwa, ale zapach, ruch, niedokończony gest. Kwintesencja rodzącej się kobiecości. Nie jedź Alicjo, oni, ci chłoporobotnicy, tego nie zdzierżą i cię zgwałcą, zanim zapiszesz w notesie ich pierwszą odpowiedź – zatroskał się.
– Nie, nawet nie. Zawiną ci spódnicę, zanim zdążysz zadać pierwsze pytanie – poprawił się.
– Dlatego założę spodnie.
– I wypchasz je „córciu” pakułami, aby wyglądać jak ich żony, dupiaste i czerwonolice od machania widłami – ujął opisowo Michał Horowicz.
Klem z niesmakiem powstał od stolika.
– Czerwone mordy od wódy to my sami mamy. A Alicja jest jak czerwony tulipan, co się właśnie rozwinie… Tu nie ma atmosfery, musimy się upić, ale nie tu. Co sądzicie o zacnym wyszynku pod białym ptakiem? – seplenił jak rzadko, słowa wychodziły od niego stulone jak płatki tulipana na noc.
Zastępca nie byłby sobą, gdyby się nie odgryzł. Horowicz znany był z tego, że wszystko o wszystkich wiedział i lubił tym prać na odlew po pysku:
– A pamiętasz, jak to było u Kurkowiaka? Gdy ci nagadał, że jego vice, Koleńczuk, żalił się, że w jego biurze pijecie wódkę? Co mu wtedy powiedziałeś?
– „A propos, masz coś?” A że nie miał, zawołałem na chłopaków, „chodźcie”, tak powiedziałem. I poszliśmy. A to był człowiek takiego gołębiego serca…
– A zatem pamiętasz. A że to było biuro Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, a Franciszek był jego kierownikiem…
Zaczynało się robić nieciekawie. Ktoś musiał to przerwać.
– Schwarzer Adler. To dla ciebie ważne, Alicjo. Jedziesz jutro szlakiem dawnej kolei na Szprotawę. Za Prusaków tam, „Pod Czarnym Orłem”, odbywały się zebrania udziałowców spółki kolejowej Lenza.
Nie zauważyłam, czy tę tyradę wygłosił Zdzichu Giżejewski, czy prześwietny oberpedagog tego miasta – Ludwik Kończał?
* *
Przed oczami stanął nagle mi mój Ojciec. Zobaczyłam Wioletę, Giżejewskiego, Horowicza (który nagle wydał mi się nawet zupełnie sympatyczny), Marka, Klema. Nade wszystko stanął mi przed oczyma Klem.
Knajpiany gwar. Opary alkoholu (tak się mówiło, ale czy ktoś je kiedykolwiek fizycznie widział?). Przyciemnione światło (ależ mi wyszła figura stylistyczna!). Pochylone głowy (brzmi patetycznie) nad… śledzikiem i tatarkiem. Kto z was pomyślał, że jak patetycznie pochylone, to nad jakimś ważkim zagadnieniem? Ale faktycznie, to była istotna i głęboce intelektualna dyskusja.
– No tak, orkiestra rzecz ważna – potwierdził Klem racje przedmówcy, rozciągając słowa. – Ale czyż my już nie mamy orkiestry, przy fabryce metalowej? A stowarzyszenie Romana?
– Jasne, a grać też można choćby i u was, w teatrze – poparł go Marian Szpakowicz, człowiek Klema od plastyków, z którymi Klem (sam przecież artysta) też działał, i to ostro.
– A Hala Ludowa? Przecież funkcjonuje świetnie. – Nie pamiętam już kto to powiedział.
Okazało się, że przedmówcą był Zdzichu Giżejewski, bo to on, jako następny mówca, stanął im wszystkim okoniem:
– To wszystko prawda, ale tu chodzi nie o to, aby móc od czasu do czasu gdzie zagrać. To ma być zupełnie nowa instytucja kultury. Mamy za małe miasto na operę, teatr muzyczny, nie ma tu zresztą takich tradycji. Ale jednak życie muzyczne musi się gdzieś wykluwać i toczyć.
– Jesteśmy jedynym województwem, nawet choćby bez filharmonii – przytaknął mu Horowicz. – Stowarzyszenie to nie zawodowcy. Zawodowy ansambl, to musi mieć coś swojego. No, jakąś salę z widownią, coś na rekwizyty, próby gdzie robić, przebrać się. Ta grupa Mazurkiewicza to taka orkiestra na niby. Tak jak ten twój cały kabaret, Klem! – Uderzył dłonią w stół – I tak nie może być! W województwie musi rozwijać się życie muzyczne…
Nastąpiła chwila przerwy. Mężczyźni polali. Kobiety wypiły po pół kieliszka, popiły, podniosły się jakieś piskliwe śmiechy. Dwie aktorki, które przyszły ze Zdzichem, blondi z redakcji wiejskiej Gazety, maszynistka z działu kultury miejskiej rady i Halinka od Klema.
Klem wyciągnął fajkę, powoli ją nabił. Zapalił. Pyknął raz, drugi raz.
– Słyszałem, że tam u was, w Komitecie, macie nawet już pomysł, gdzie?
Horowicz zaperzył się:
– Co w Komitecie? Co, że jak taki problem, to tylko Partia? Do brudnej roboty, to my, a ci co potem skorzystają, to postoją z boku i święci, nie ubabrają rąk?
Rozejrzał się wokół stołu. Wypatrzył Zygmunta Juny, kierownika Wydziału Kultury Rady Miejskiej.
– Zygmunt, powiesz coś ? Co na to miejska rada?
Zyga Juny siedział jakby nieobecny, zapatrzony w Halinkę Karpowicz, zastępczynię Klema w biurze wojewódzkiego konserwatora. Mówiono, że się w niej kochał, a w kręgu Klema dodawano oczywiście, że w sensie erotycznym. Przy czym sama Halinka ponoć nic w tej kwestii nie obiecywała.
Dałabym sobie rękę obciąć, że usłyszałam, jak deklamował jej nad stołem kolejny swój wiersz, w ogóle nie słuchając Horowicza. To też było tajemnicą wszystkich, że kierownik pisał wiersze, które dyktował potem Halince, mówiąc jej, że tak szybko i bezbłędnie pisze. A ona przepisywała tę twórczość na maszynie, udając, że nie domyśla się adresata. Ktoś zauważył, że robiła to nawet z wypiekami na twarzy, ale czego to ludzie nie wymyślą.
– Ale czy to przejdzie? – zatroskała się któraś z dziewczyn – Tu jeszcze jednak jest parafialna prowincja. I ludzie jednak prędzej pójdą rzucić księdzu na tacę, niż kupią bilet na operę czy koncert…
– I tak źle, i siak niedobrze. Ile to już minęło od pierwszego koncertu Tomaszewicza? W maju minie chyba rok, nie… dwa. I co?
– Jakby nie patrzeć, dogodzisz jednym, ubodziesz drugich.
– To jest koszt postępu, inaczej na zawsze zostaniemy takim zasranym zaściankiem…
Następna kolejka. Chwila ciszy. Jeden zakąsił, drugi głośno przełknął samą wódkę.
– A jak się ludziom nie spodoba? – Klem znów wziął fajkę – Można to tak robić dla ludzi wbrew nim samym?
Horowicz nie miał takiego dylematu:
– Społeczeństwem musi kierować ten, co ma świetlaną wizję. Inaczej nie będzie postępu.
– Czy postęp jest najważniejszy?
– To jest cel, do którego dąży każdy, kto mądry.
– Czy mądrość jest na tyle bezcenna?
Horowicz nie zdzierżył tej filozoficznej nuty:
– Cóż, błędy się zdarzają…
– Zatem trzeba próbować, tylko po to, by móc je popełniać? Bo to jedyna droga do
postępu? – zadrwił Klem.
– Ale może nie takie jak przerobienie tabliczki na drzwiach Zespołu Chórów Ludowych na…
Klem rozłożył ręce:
– Wiem, wiem: „zespół chujów ludowych”. Było, minęło. Muzeum Okręgowe ma już siedzibę, a sublokatorów szlag trafił, wynieśli się, o co zresztą chodziło… A ty, zastępca, coś sugerujesz? To całe radosne dochodzenie chyba jeszcze trwa. Nic straconego.
– Jak u nas, na wsi, chłop lub baba coś zbarłoży, to dadzą mu przez łeb lub wyśmieją,ale zaraz potem zapomną. Ale obcym, władzy – nie wybaczą takiego samego numeru – złowieszczo podsumowała moja koleżanka z redakcji wiejskiej.
–Jak prostemu człowiekowi coś zabierasz tylko po to, aby dać coś w zamian, to na zawsze ci zapamięta to, że mu zabrałeś, a nie to, że zabrałeś, aby dać to coś innego.
– Tak, to piękna w swojej prostocie reguła moralna – skwitował Zdzichu – ale chyba nadaje się tylko do takich bardziej ostatecznych i zasadniczych sytuacji? Oko za oko, śmierć za śmierć, krew na rękach to zbrodnia.
– Słyszałeś? – zaperzył się Horowicz. – To dotyczy tylko „tamtych”, nie „naszych”. Społeczeństwo trzeba edukować, aby stało się „nasze”, przestało władzę uważać za „tamtych”.
– Dlatego, że władza ma rację? A jak nie ma…
– Władza ma zawsze rację, nawet, jakby jej nie miała. Teraz relatywizują zbrodnie leśnych, wypuszczają z więzień, odcedzają krew od krwi, porównują krople z kroplą… A jutro będą bronić kruchty przed przerobieniem na filharmonię, gdy im pozwolimy tkwić w tym pańszczyźnianym marazmie… Nie wolno nam zgadzać się na zacofanie tych ludzi. Musimy ich wyciągać…
– Co to za porównanie?
– A słyszałem z ust świadka. Prokurator wojskowy – tu padło nazwisko – opowiadał mi o swoim dochodzeniu jeszcze w Gorcach. Co ludzie tam mówią o „Ogniu”.
– Rozmawiałeś o tym z prokuratorem? – zaraz, to przecież moje nazwisko padło. Kto z mojej rodziny mógł być prokuratorem?
– Tak, to był rodzaj rozmowy kwalifikacyjnej. Wiesz, że on odchodzi z resortu? Chce teraz to wszystko opisać. To wszystko, co się zdarzyło ze Słowakami, z Łemkami, na Orawie, w Bieszczadach…
– Jakaś dziwna moda teraz nastała. I co postanowiłeś?
– Zamówiłem artykuł, ale o czymś bliższym, o czymś z miasta, z województwa. Po co mi ten „Ogień”, jakieś bandy UPA, jeszcze coś by z tego wyszło, wiesz ilu Ukraińców mamy w terenie… Słyszałeś o tej grupie młodzieży, tak gdzieś sprzed pięciu, sześciu lat, co to mieli wysadzać naszą bocznicę przemysłową, jakiś wiadukt… Sprawa Ostrowskiego…Zaraz, zaraz! Przecież o tym pisał mój Ojciec. Ale on nigdy nie był żadnym prokuratorem! Ojcze, o co tu chodzi?
* *
Dom, łóżko, nie ciemność burzy, ale ustępujący mrok nocy o poranku, wilgoć i ziąb rosy, a nie błoto po pas i w nosie. Mogliby mnie tak budzić i co drugi dzień, gdzieś wyciągać do obowiązków, które bym szybko i od serca polubiła, byle to nie był ten wąwóz, ten las i te baby wokoło mnie.
Niechby Klem wlewał mi wódkę do kieliszka i przekomarzał się ze Zdzichem i Horowiczem – nawet sepleniąc jak nigdy dotąd – o to, czy można na siłę ludzi uszczęśliwiać muzyką poważną w miejscu, gdzie dotąd ci ludzie z własnej woli spotykali się, by ustalić kto przyniesie jakie kwiaty na procesję Bożego Ciała. Zresztą, jak się przecież naprawdę skończyły wtedy te typowe przekomarzania przy wódce?
– …rozumiem, że już podjęliście decyzję. Nic was nie nauczył pięćdziesiąty szósty?
– To są Ziemie Odzyskane a nie klerykalno-inteligencki Poznań. Tu nie ma wielkoprzemysłowego lumpenproletariatu, tylko świadomy klasowo robotnik z zakładów przemysłu terenowego… – zaczął Horowicz.
– Jeszcze dodaj, że tu nie ma międzynarodowych targów, więc każdego prowokatora z zachodu od razu wyłapią zdrowe jednostki – spróbował zakpić Klem.
– A żebyś wiedział – zaperzył się sekretarz.
– A żebyś wiedział, że ja wiem – zgasił go Giżejewski. – Jednak naprawdę nic nas nie nauczył pięćdziesiąty szósty. Mówiłeś o tym wojskowym prokuratorze i o tym Ostrowskim. A wyobrażasz sobie czas, kiedy te fabryczki runą i bocznica faktycznie stanie, bo po prostu przestanie być potrzebna?
– No, nie bardzo. Jakby miało do tego dojść?
– I wtedy zrobimy z tej kolejki taki skansen. Osobową kolej turystyczną do Szprotawy. Wyobrażasz sobie?
Horowicz zapatrzył się milcząco w kieliszek. Nie mógł podnieść od niego wzroku. W sukurs poszedł mu więc Klem:
– Łatwiej mi to sobie wyobrazić niż to, że Zielona Góra ruszy w obronie jakiegoś klechy. Zresztą, Michalski tym razem na pewno nie zadrze z partią, poprze ideę filharmonii.
Giżejewski popatrzył na nich mocno przymglonym wzrokiem. Wódka czy jakaś głęboka refleksja była tego przyczyną? Nie sposób było odgadnąć.
– Musiałby najpierw znać tę ideę. Musiałby ją znać jeszcze ktokolwiek inny, oprócz nas trzech. Czy nie masz czasami wrażenia Klem, że Michaś tu po prostu sobie nas prowokuje…? Taka propagandowa prowokacja.
– Co ty! Co ty, są różne koncepcje. Naprawdę… – obruszył się Horowicz.
Giżejewski pokiwał tylko głową.
– Z tej kolejki zostanie kiedyś tylko skansen, ale ludzie się rozwiną, nie skapcanieją, rzucą nam w oczy, to co myślą…
– Jesteś mitoman. – Horowicz lekceważąco machnął ręką i sięgnął po butelkę. Tak jakby nalanie wszystkim nowej kolejki miało załatwić całą sprawę.
– Wizjoner z ciebie wychodzi, Zdzichu. – Klem spróbował bardziej pojednawczego tonu.
– To jest tylko taka nasza, czcza gadanina przy kielichu albo zza biurka, albo gdzieś z akademickiej katedry. Dobrze wszyscy trzej wiemy, jak będzie. Przyjdzie prikaz z komitetu i nikt nawet nie piśnie. Tak samo kolejarze mogą spać, spokojni o swoją robotę. Będą dowozić do Polskiej Wełny, tak jak my będziemy słuchać koncertów w filharmonii. Nic nie zakłóci tej monotonii jeszcze przez dziesiątki lat… Tylko my pod wódkę zakąsimy sobie taką teoretyczną socjologię…
– Nie spostrzegą nawet tego, jak przyjdzie im wziąć ostatnią szuflę węgla z tendra. Tak jak my nie wyobrażamy sobie jeszcze tego radiogramu z wołaniem o przyjazd dodatkowych jednostek ZOMO z Gorzowa czy innego Poznania, bo miejscowa milicja nie wystarcza. Co samo w sobie jest już niewyobrażalne.
Dlaczego musiałam brać udział w tym eksperymencie? I to naprawdę, całym ciałem i duszą? Ja, sama, osobiście. Czemu nie mogłam znowu stać po prostu przed otwartą szafą i przekomarzać się sama ze sobą, dobierając do zapowiadającej się tak czy siak pogody, takie a nie inne rajstopy, apaszkę, buty…?
Czemu władza ludowa musi się tłumaczyć z tego, komu daje do zabawy swoją własność? – jak to powiedział wtedy sekretarz.
– …To są budynki poniemieckie, czyli nasze, polskie. Tyle tylko, że przedtem akurat tutaj była protestancka kircha, a nie na ten przykład siedziba gestapo… Władza ludowa tylko użyczyła je kościołowi. A teraz tę swoją własność, a nie kościelną, może użyczyć szerszym warstwom na cele kulturalne. Czy państwowy budynek, w ramach dziejowego zadośćuczynienia zabrany Niemcom,powinniśmy dać teraz do zabawy klechom, czy muzykom?
Czy w tak deszczowo zapowiadający się dzień powinnam włożyć te grube rajstopy, czy też iść na gołe nogi…?
Jedna odpowiedź
Proszę to dla Was, z zachętą do sięgnięcia po najnowszą antologię opowiadań „Piszę sam(a) w moim mieście” członków grupy literackiej „Syndykat Staromiejski” z jesieni 2025🙂