Zapraszamy do lektury osiemnastego rozdziału debiutanckiej książki autorstwa Moniki Tarwid – powieści obyczajowej z elementami komedii romantycznej. Czy dwaj aniołowie stróże o różnym usposobieniu upilnują główną bohaterkę o imieniu Maja?
– Babciu, czego ty tam szukasz? Powinniśmy już wychodzić. – Maja zajrzała do sypialni.
Zarumieniona Zdzisława, z lekko błędnym wzrokiem, miotała się od toaletki do łóżka, na którym leżała przewrócona pościel. Staruszka wyglądała przy tym jak kupka nieszczęścia.
– Zębów szukam – wymamrotała.
– Czego?
– Zębów! – krzyknęła głośniej, lekko sepleniąc.
Dziewczyna roześmiała się, ale zaoferowała pomoc. Przejrzała półki w toalecie, a potem wróciła do salonu i zaczęła sprawdzać wszystkie miejsca, w które babcia mogła wsadzić sztuczną szczękę. Irytowało ją, że seniorka nie zostawia jej w łazience, na przykład. Widząc jednak, że gadanie nie przynosi skutku, poddała się i przestała drążyć ten temat.
Zęby mogły być wszędzie. Wsadzone między siedzisko a oparcie fotela. Wsunięte między książki a bibeloty na regale. Położone przy wannie, pralce albo parapecie. Trzeba było przejrzeć masę zakątków.
Komedia. Miotały się po domu, szukając zębów Zdzisławy, która denerwowała się coraz bardziej.
– Przestań się wkurzać, bo skoczy ci ciśnienie! Zaraz się znajdą.
– Dziecko, ty się na mnie nie złość.
– Nie złoszczę się, ale Anka zawsze się irytuje, jak się spóźniamy na obiad. I to ty się nie nakręcaj.
Maja poszła do kuchni. Szczęka szczerzyła się do niej z półeczki pod szafkami. Leżała sobie wygodnie, czekając, aż ją ktoś zauważy.
– Jest! – wrzasnęła.
Babcia wpadła do kuchni, sapiąc, jakby właśnie przebiegła maraton.
– Gdzie była?
– Na półce. Ale ja tego nie dotykam! – Lekko się wzdrygnęła. Sztuczna szczęka pomiędzy słoiczkami z przyprawami nie wyglądała zbyt estetycznie.
Zdzisława odetchnęła z ulgą.
– Umyję i możemy jechać. – Złapała je szybko i poszła do łazienki.
Maja zmęczona poszukiwaniami wyszła na dwór. Poczuła, jak miły wiaterek omiata jej sylwetkę. Tiulowa spódnica w brązowo-turkusowe wzory falowała. Powąchała jeszcze bluzkę, zastanawiając się, czy jej nie zmienić. Ostatecznie postanowiła, że zostanie w tej, którą ma na sobie. Żadna inna nie pasowała kolorystycznie tak dobrze jak ta koszulowa w morskim odcieniu, a przy tym dziewczyna nie spociła się tak bardzo, jak się jej wydawało.
Kira podbiegła, wesoło szczekając. Maja kucnęła, żeby pogłaskać ukochaną suczkę.
– Babciu! – krzyknęła zniecierpliwiona.
– Maja, zabijesz mnie – W drzwiach przedpokoju pojawiła się Zdzisia.
– Co znowu?!
– Okularów szukam.
Bareja by tego lepiej nie wymyślił, przemknęło przez głowę dziewczynie, która zawróciła do domu i udała się na kolejne poszukiwania.
– Jak chciałaś znaleźć zęby, skoro nie miałaś okularów?! – dogryzła babci.
– Fakt. – Starsza pani zrobiła zabawną minę, krzywiąc usta. Pacnęła się w czoło i zaczęła narzekać: –Masz ty ze mną trzy światy.
– Nie jest tak źle. Przynajmniej nie jest nudno.
Maja poszła do toalety. Okulary leżały na pralce. Zdzisława założyła je i wyszła przed dom. Kira pobiegła za nią, a kiedy starsza pani otworzyła bagażnik, wskoczyła do niego z ochotą.
Dotarły spóźnione ponad trzydzieści minut. Anka, która nie przepadała za gotowaniem, miotała się w kuchni pomiędzy garnkami a piekarnikiem. Zapach rosołu mieszał się z wonią pieczonego mięsa. Kobieta wyjęła brytfankę na blat.
– Pieczeń wyschła na wiór! – utyskiwała. – Co się stało?
Wprawdzie zabroniła mężowi dzwonić do siostry, ale z każdą minutą czuła, że jej irytacja rośnie. Spóźnienie odbierała niemal jak lekceważenie jej jako gospodyni. Maja, kiedy zobaczyła minę bratowej, przytuliła się do jej pleców i wyszeptała:
– Nie pytaj. I najlepiej nic nie mów. Najpierw szukałyśmy pół godziny zębów, a potem okularów.
Anka spojrzała na Majkę i obie, jak na komendę, wybuchnęły śmiechem. Złość bratowej minęła jak ręką odjął. Tylko Zdzisława, która właśnie weszła do kuchni, patrzyła na nie niezadowolona.
– Bardzo śmieszne! Bardzo!
Lekko obrażona poszła do pokoju Emilki.
Krzysztof siedział przy kuchence.
– Pilnuję ziemniaków, żeby nie wyskoczyły – rzucił z przekąsem, wpatrując się w bulgoczącą wodę.
Siostra nie skomentowała, ale widok brata, siedzącego przy kuchence zawsze ją bawił. Czy nie prościej byłoby wziąć większy garnek? Postanowiła, że przy najbliższej okazji kupi im takowy na prezent.
Obiad upłynął w miłej atmosferze. Majka opowiadała o balu, a Zdzisława, chcąc się odgryźć, dość obrazowo opisała wygląd włosów wnuczki pragnącej zabłysnąć na tejże imprezie.
Tym przekomarzaniom i żartom towarzyszył pyszny rosół, który Anka gotowała kilka godzin. Jego esencjonalny smak docenili wszyscy. Karczek może faktycznie wyszedł trochę suchy, ale podlewany nalewką babci, nie był już taki zły.
Emilka słuchała opowieści cioci z zaciekawieniem, a kiedy Majka, mówiąc jak wirowała na parkiecie, wzięła małą na ręce i zaczęła z nią tańczyć, aż zapiszczała z uciechy. Następne pół godziny zajął opis wszystkich postaci. I tak niedzielne popołudnie karmiło serca rodziny śmiechem i ciepłem.
Do domu wracały późnym wieczorem. W aucie panowała cisza przerywana jedynie pomrukiwaniem silnika.
– Tu jest jakieś ograniczenie do dwudziestu? – rzuciła babcia, patrząc na licznik.
Majka zerknęła na nią kątem oka. Zdzisława uśmiechała się ironicznie.
– Jadę pięćdziesiąt. Nie marudź, bo cię wysadzę i będziesz szła pieszo.
Staruszka roześmiała się gardłowo.
– I tak byłabym szybciej, niż ty znalazłaś moje zęby. – Śmiała się głośno, aż musiała obetrzeć łzę, która płynęła po policzku.
– Babciu, chyba przesadziłaś z nalewką. – Wnuczka pokręciła głową.
Zdzisia uniosła palec w geście obronnym. Początkowo chyba chciała wygłosić ripostę, ale zamiast tego zamknęła oczy i zaczęła nucić coś pod nosem. Maja była pewna, że to fragment starej piosenki.
– „Wąską ścieżką przez ogródek zapierdala krasnoludek. Za nim kaczor sobie człapie, ja cię, kurna, kiedyś złapię…” – dobiegło uszu młodej kobiety.
Wytrzeszczyła oczy. To zdecydowanie nie był fragment żadnej pieśni, tylko przyśpiewki weselnej. Babcia miała je w małym palcu. W końcu przez lata pracowała jako kucharka na setkach imprez.
Dziewczyna zaparkowała pod domem i pomogła babci wysiąść z auta. Starsza pani, chwiejąc się lekko, wzięła ją pod ramię.
– Wiesz, wnusiu, życie z tobą to prawdziwa karuzela emocji. – Jej słowa brzmiały poważnie, choć wyczuwało się w nich nutę figlarności.
– Babciu, to ja tak naprawdę żyję na twojej karuzeli. – Maja zaśmiała się i poprowadziła kobietę do drzwi.
W progu Zdzisława odwróciła się na pięcie i spojrzała prosto w oczy.
– Wiesz co? To, że jesteś ze mną, jest błogosławieństwem. Bez ciebie moje życie byłoby smutne – rzuciła i zniknęła w ciepłym wnętrzu domu.
Dziewczyna zamknęła drzwi i poszła za staruszką. Złapała ją wpół i odwróciła do siebie.
– A bez ciebie moje. – Pocałowała ją w czoło. – Wymyśl tylko, czego będziemy jutro szukać – dodała i wybuchnęła śmiechem.
Zdzisława sapnęła w udanym oburzeniu. Ostatecznie uśmiechnęła się, szepnęła „dobranoc” i poszła do siebie. Pod nosem znów coś nuciła.
Z taką babcią nuda mi nie grozi, uznała Maja.
***
– Ty schowałeś te zęby? – Cassiell z uwagą spoglądał na Asadiela.
– Ta! Jasne! Wszedłem do kuchni i położyłem je na półce. – Popukał się w aureolę. Na jego twarzy majaczyła jednak szelmowska mina.
Cassiell nie do końca mu dowierzał.
– To nawet zabawne było. No przyznaj się!
– Niech mnie aureola ugryzie, to naprawdę… Aua! – Asadiel lekko się wzdrygnął i odruchowo podrapał po głowie, a już po chwili ryknął śmiechem. – No dobra, może motałem im trochę w głowach, żeby tak szybko ich nie znalazły – przyznał bez skruchy.
Cherubinek przyglądał mu się z boku. Próbował nie wydać osądu zbyt pochopnie. Asadiel miał swoje sposoby – chaotyczne, czasem irytujące, ale skuteczne. Może, gdyby nie dzisiejsza akcja poszukiwawcza, rodzinny obiad przebiegłby w innej atmosferze? Coś, co niektórych mogło zdenerwować, one przyjęły ze spokojem a ich radość przeniosła się do domu Krzysztofa, więc to zamieszanie wyszło ludziom na dobre.
– Czasami trzeba im trochę skomplikować życie – mruknął Asadiel, zerkając na młodego. – Inaczej nigdy nie nauczą się odnajdywać spokoju w chaosie. A to przecież też nasza misja, prawda?
Cassiell pomyślał, że czasem niepotrzebnie próbuje doszukiwać się sensu tam, gdzie go nie ma. Bo czy wszystko musi mieć sens?