Zapraszamy do wyjątkowo wyrazistej lektury XII rozdziału powieści autorstwa Jacka Brzozowskiego. Ta kryminalno – historyczna, misternie utkana opowieść wciągnie Cię w wir niezwykle tajemniczych wydarzeń jak wody gdyńskiego basenu portowego…
Gdyńskie przedstawicielstwo „Wieczoru Wybrzeża” znajdowało się przy ulicy 3 Maja, na parterze „Bankowca”. Gdy Witold dotarł na miejsce, aż zadarł głowę: ten budynek to absolutna klasyka modernizmu!
Mówiono nie tylko w Gdyni, że transatlantyk z cegły i cementu, długi jak połowa „Batorego”, jest jak okręt na lądzie. Rzeczywiście, pasy okien rozciągnięte wzdłuż jasnej elewacji z kamiennych płyt jako żywo przypominały burtę statku. Nad wszystkim, niczym kapitański mostek, górowała półokrągła wieżyczka – nadbudówka z masztem. Budynek zachwycał nowoczesnością i trudno było uwierzyć, że powstał w międzywojniu. Wewnątrz były windy, schron, a nawet garaże podziemne. W Polsce czegoś takiego nie miał nikt. Teraz, żachnął się Witold, powstawały jedynie koszmarki cofające architekturę o całe dekady. Nawet Pałac Kultury, choć imponujący, mimo wszystko wzniesiono jako projekt do bólu socrealistyczny.
Imponująca witryna redakcji wychodziła na ulicę 10 Lutego. Na murze naprzeciw wejścia bił po oczach wymalowany czerwoną farbą napis „Żydzi do gazu”. Witold, czekając, aż kancelistka przywoła osobę o inicjałach RR, kilkakrotnie przeczytał go mimo woli.
– To o mnie chodzi – usłyszał zza pleców kobiecy głos.
Jego specyficzny niski tembr krył w sobie jakąś tajemnicę. Zgrabna brunetka o błyszczących oczach miała silny uścisk dłoni. Wyjaśniająco kiwnęła podbródkiem w kierunku napisu i westchnęła, nie przestając trzymać dłoni Witolda. Dotyk jej skóry w jakiś niewytłumaczalny sposób elektryzował.
– Nie rozumiem, jak po wojnie można nadal głosić coś takiego – rzekła, zaglądając mężczyźnie prosto w twarz, tak jakby chciała sprawdzić reakcję na swoje słowa. Leciutko podkrążone oczy kobiety dodawały jej intelektualnego uroku i zdradzały długie wieczory spędzone nad papierami.
– Wygląda na to, że trzy miliony ofiar to dla niektórych wciąż zbyt mało. – Witold pokiwał głową. – A więc dzień dobry pani. Chciałbym porozmawiać.
– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się.
Musiała być kilka lat przed czterdziestką. Biły od niej niewymuszona elegancja i pewność siebie. Stylem przypominała Europejki z dużych miast. Witold mijał czasem takie kobiety na londyńskich ulicach: szykowne, dumne i pięknie pachnące. Miała lekko zakręcone czarnewłosy sięgające trochę poniżej ramion, bordową kamizelkę i ciemnogranatową spódnicę do kolan, która opinała szczelnie jej podbrzusze i lekko rozpychające się biodra.
Natychmiast powróciło poczucie kontrastu, którego Witek doświadczył po powrocie z Anglii. Przed wojną ludzie ubierali się podobnie, jak cały tak zwany Wielki Świat. Teraz zaś na ulicy nie dało się odróżnić kobiety od szarego worka kartofli. Bluzki zapięte pod szyję, szerokie spódnice, bezkształtne futra. Z czasem przywykł do bylejakości, przestał ją dostrzegać.
– Szukam osoby podpisującej teksty inicjałami „R.R.”.
– Ponownie chodzi o mnie. Rachela Rozenberg. Kierownik oddziału „Wieczoru”.
– Witold Jastrzębski. Chcę porozmawiać o pani artykułach. Jestem z milicji.
Kobieta momentalnie wycofała dłoń. Na chwilę zastygła z rozchylonymi ustami, jakby chciała o coś zapytać.
Redaktorka zwróciła się do dziewczyny siedzącej za kontuarem:
– Helu, zostaw nas samych, proszę.
Ta bez słowa ubrała kurtkę i wyszła na papierosa. Cisza nie trwała zbyt długo.
– Nie piszę niczego, co podpadałoby pod cenzurę – odezwała się Rachela.
– Nie o to chodzi, proszę pani.
– Zrobiłam – upierała się – dokładnie tak, jak kazała centrala. Opublikowałam całe dwie szpalty o dojściu do władzy towarzysza Castro i rewolucji na Kubie. Zresztą już kilkanaście dni temu.
– Nic mnie nie obchodzi jakiś Castro.
Dziewczyną wstrząsnął dreszcz, jakby dostała w twarz.
– Jak to? – wyjąkała z mieszaniną lęku i zaskoczenia.
– Nie zrobiła pani niczego złego – odparł. Czuł się równie zaskoczony jak ona. Nie potrzebował wzbudzać strachu. A tym bardziej w pięknej kobiecie. Przełknął ślinę i postarał się o cieplejszą barwę głosu: – Zbieram informacje o światłach nad portem.
Rachela wyraźnie odetchnęła. Nachyliła głowę i przeszła do szeptu:
– Wobec tego nie tutaj. Pójdźmy w spokojniejsze miejsce.
– Dlaczego?
Kobieta rozejrzała się, jakby faktycznie obok stał tłum ludzi i uważnie słuchał każdego słowa.
– Nie chcę, żeby wzięli mnie za wariatkę – wyjaśniła krótko.
Witold poczuł mrowienie.
– Z tego wynika, że wie pani więcej, niż pisze – podsumował. Lubił takie puenty. Konkretne i maksymalnie trafne. A nawet jeśli nie, to tak mocno i definitywnie szufladkujące, że prowokowały do zaprzeczeń i odsłonięcia prawdy. Tak czy siak, miały swoją użyteczność.
– To zbyt pochopny wniosek – odparła kobieta.
– Chodźmy więc gdzieś. Pani wybiera, bo ja nie do końca wiem, gdzie są odpowiednie lokale. Odpowiednie dla pani, oczywiście – dodał, taksując ją wzrokiem.
– Jak to? To pan nie jest stąd? – Spojrzała przenikliwie.
– Z Krakowa.
– Ach! Więc mam dobre przeczucia co do tego spotkania. Znam kogoś stamtąd i to świetny człowiek. – Włożyła długi jasny płaszcz i ściągnęła z blatu torebkę, którą przewiesiła przez ramię. Była prosta i czysta, właściwie elegancka. Pasowała do właścicielki. Naraz kobieta stanęła i złapała Witolda za rękę. – Sekundkę… Czy chce mi pan zabronić o tym pisać? To byłoby fatalne w skutkach. Gazeta teraz idzie jak woda!
– Ależ skąd… – prychnął Witold.
Wzrok dziennikarki zdradzał zaniepokojenie. Cofnęła dłoń.
– I tak z tym nic nie zrobię, trudno. Chodźmy do Café Cyganeria. To obok, też w „Bankowcu”.
– Cyganeria?
– Atmosfera odpowiada nazwie.
– Artyści?
– Głównie. Malarze, dziennikarze, poeci. Ale nie o tej porze. Klientela o tej porze składa się raczej z pracusiów.
– Takich jak pani?
Nie odpowiedziała. W drzwiach rzuciła sekretarce porozumiewawcze spojrzenie i ruszyła, nie czekając na milicjanta.
Kawiarnia rzeczywiście była bardzo blisko, dosłownie o parę kroków. Jastrzębski nawet nie zdążył zapiąć płaszcza. W oknach lokalu zamontowano delikatne kraty. Miały co chronić, bo przeszklenia sięgały od bruku do samego sufitu. Witek nie mógł sobie przypomnieć, by wcześniej widział gdzieś tak nowoczesne rozwiązanie.
Zanim jego wzrok powędrował do wnętrza, napotkał pierwszy plan: w witrynach lśniły wielokolorowe obrazy. Stały na stojakach. Niektóre z nich namalowano w stylu, którego Witek nie potrafił zidentyfikować. Przypominały obrazki sporządzone dziecięcą ręką i z pomocą takiej samej niewinnej wyobraźni. Inne wyglądały zupełnie klasycznie, a ich wartość leżała zapewne w jak najwierniejszym odwzorowaniu ludzi i krajobrazów.
Gości witały ozdobne rybackie sieci zwisające nad wewnętrzną stroną drzwi. Stanął pod nimi i zadarłszy je, przepuścił redaktorkę przodem. Wnętrze zaskakiwało dobrym gustem. Sofy, kilka miejsc obiadowych z krzesłami, stonowane obrusy i sporo drewna, a dla kontrastu odrobina niezakrytego betonu i ozdobnych cegieł.
– Jest tak, jak pani obiecała: zupełnie spokojnie. Zaledwie parę osób.
– Mówiłam przecież.
– Proszę pozwolić sobie pomóc z płaszczem.
– Dziękuję, poradzę sobie sama.
Podłogi były wyłożone gorsecikami. Witold widział je po raz pierwszy. Nic dziwnego, bo czytał, że ta nowość z Holandii stanowiła ostatni krzyk mody spotykany jedynie w Warszawie i w Gdyni. Małe terakotowe płytki rzeczywiście przypominały część damskiej bielizny – zaokrąglone u góry i dołu, a wklęsłe pośrodku nie mogły kojarzyć się z niczym innym.
Mimo różnorodności, wszystkie elementy wnętrza jakimś cudem do siebie pasowały, nawet kilka witraży i olbrzymi czarny słup nośny, stojący niemal w samym środku pomieszczenia.
Usiedli przy najbliższym wolnym stoliku.
Rachela dostała czarną kawę, o którą znajomy kelner zapytał, jedynie unosząc brwi. Kobieta tylko skinęła, co najwyraźniej musiało być jej stałym rytuałem. Widać było, że lubi to ciche porozumienie.
Witold przeglądał menu bez większej uwagi. Lista dań była krótka. To najczęściej oznaczało, że były zawsze świeże. Poprosił o to samo. Gdy kelner odszedł, Witold sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął piersiówkę. Odrobina wódki spłynęła do czarnego naparu.
Z radia sączyła się nastrojowa melodia.
– Skądś znam tę piosenkę… – zagaił.
– To Sława Przybylska. Pamiętasz, była jesień. Wszyscy to znają!
Rzeczywiście. Po wstępie wypełnionym melodią smyczków popłynęły słowa, które z pewnością gdzieś już słyszał.
– No dobrze – zaczął z niewyraźnym wzrokiem, jakby właśnie się ocknął. – W takim razie proszę opowiedzieć, co pani wie o światłach nad portem.
– Myślę, że tyle samo, co wszyscy. Niczego nie ukryłam. Wszystko jest w artykułach. Zresztą pozostałe redakcje opisały dokładnie te same fakty. Czy coś jest nie tak?
– Rzeczywiście, z powodu liczby publikacji odniosłem wrażenie, jakby obiekt widziało całe miasto. Wszystkie artykuły, które czytałem, były w zasadzie zgodne.
– W zasadzie?
– Może tylko jeden szczegół…
– Nie rozumiem… – W głosie redaktorki znów pojawiło się napięcie.
– Jest jedno małżeństwo świadków. Raz nazywani są państwem „Poncze”, innym razem państwem „Płonczkier”. To trochę dziwne.
– Niespecjalnie. – Kobieta machnęła ręką. – Dziś już nie ma prawdziwych dziennikarzy. Teraz, jak to mówią, „co nie dosłyszał, to wymyśli”.
Witold pochylił się i lekko zmarszczył czoło.
– Może to pani doprecyzować? – spytał.
– Stare pokolenie już wymarło albo zostało wybite na wojnie. Ewentualnie siedzi na emigracji. A nowe jeszcze się nie wykształciło. Zresztą nie wiem, czy w ogóle się wykształci, bo niby kto miałby uczyć zawodu młodych? A ci, którzy teraz pracują w gazetach, to, no cóż…
– Chce pani powiedzieć, że to zwykły błąd osoby, która notowała informacje?
– „Pani”? A nie „towarzyszko”?
Mężczyzna umilkł zaskoczony.
Przecież to on miał zadawać pytania. Tymczasem poznana zaledwie chwilę temu dziewczyna wodzi go za nos i bawi się rozmową, z każdą minutą skracając dystans. Brak respektu u potencjalnej informatorki tylko utwierdzał Witolda w przekonaniu, że nie został stworzony do zawodu gliny. Tu potrzebna była zupełnie inna wrażliwość.
Pogrzebał w kieszeni i wyciągnął charakterystyczną paczkę lucky strike’ów z wielkim czerwonym kołem i położył przed sobą. Przez twarz dziennikarki przebiegł dreszcz zdziwienia. Wyglądała na zbitą z tropu.
Witold zauważył jej wzrok i wyjaśnił:
– Latałem w RAF-ie. Jakoś nie zdążyłem nasiąknąć.
– Nasiąknąć?
Kobieta zręcznie przeskoczyła temat wojny, tak jakby codziennie spotykała zdemobilizowanych pilotów zachodnich myśliwców, i parła naprzód. Milicjant miał coraz większe poczucie, jakby to Rachela prowadziła przesłuchanie. Mimo to postawił na szczerość, licząc w duchu, że jego rozmówczyni odpowie tym samym:
– Wszelkie masowe ruchy nie są dla mnie. Źle się czuję w zbiorowym myśleniu.
– Czyli partyjnym? Bardzo niebezpieczne tak mówić w obecnych czasach.
Witold zmierzył ją wzrokiem z uwagą, ale bez lęku. Wypuścił dym i pytająco zadarł brwi.
– Zadenuncjuje mnie pani?