Ostatnia robota

Spis treści

Ostatnia robota

W poniższym opowiadaniu Kamil Rycerz oddaje literacki głos radzieckiemu zbrodniarzowi wojennemu. Tekst zdobył drugą nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Czerwona róża dla Niej” w Kąkolewnicy 2024. Tylko dla dorosłych czytelników.

Ilu ludzi zabiłem? Dziesięć, może piętnaście tysięcy. Nie wiem. Z pewnością tyle, ile do tej pory przyjął pod swoją ziemię Nowy Cmentarz Doński. Dokładne rachunki pozostawiam inteligentom pokroju Mierkułowa lub innym szalonym naukowcom, dla których liczby będą ważniejsze niż czyny. Zresztą, może jedno i drugie jest równie istotne. Historia to nie tylko nauczycielka życia, ale także skrupulatna księgowa śmierci. Ilu zabiłem, tylu zabiłem. Praca w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego nie jest posługiwaniem w pustelniczym monastyrze.

Dzisiaj, trzeciego lutego tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku, statystyki straconych z mojej ręki nie mają żadnego znaczenia. Zima za oknem nie odpuszcza, tak jakby przygnał ją tutaj porywisty, uralski buran. Ta stara matrioszka Moskwa trzyma się jednak dzielniej niż Stalingrad. Baszta Spasska błyska z Kremla w kierunku Wyspy Błotnej, tnąc jaskrawym blaskiem wielką płachtę nocy; robi to na przekór pogodzie i sytuacji politycznej, stanowiąc nie tyle drogowskaz, co plakat z informacją: kto by tam teraz nie był, Związek Radziecki pozostanie Związkiem Radzieckim. Siadam na fotelu obok stolika nocnego. W wypełnionym spirytusem z Kristalla szkle kąpie się mauser siedem sześćdziesiąt pięć. Moja nagroda wynurza co chwilę swą zadziorną lufę nad powierzchnię białego płynu.

Dwa lata temu zakończyłem swoją działalność i przeszedłem w stan spoczynku, otrzymawszy pokaźną emeryturę. Dziś jednak wracam. Naprzeciwko siedzi człowiek, z którym muszę zrobić wielką pomyłkę.

Ostatni raz.

Obiecuję.

Każda ręka potrafi opróżnić magazynek.

Nie każda ręka potrafi zrobić użytek z amunicji.

Młody człowiek to głupi człowiek. Wszyscy mamy w życiu swoją własną, niechlubną służbę w carskim wojsku. Na szczęście ktoś szybko dostrzegł mój talent w sprawnym, a przede wszystkim efektywnym posługiwaniu się bronią. W marcu tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku zostałem funkcjonariuszem Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Sabotażem, Spekulacjami i Nadużyciami Władzy. Czekiści – tacy jak ja ludzie nowej moralności – mieli być psami wąchającymi i tropiącymi prawdziwych bądź wydumanych przeciwników. Bolszewicka Prawda głosiła bez cienkich aluzji, że władza kapitału zginie dopiero z ostatnim tchem ostatniego kapitalisty, arystokraty, chrześcijanina i oficera. Wielu działaczy na skinienie palcem było gotowych na zabijanie w imię rewolucji wszystkich, nawet kobiety i dzieci. Interes proletariatu miał górować nad burżuazyjnymi fetyszami…

Was też zmęczyło czytanie tych górnolotnych bzdur? Nie dziwię się! Mi polityka niepotrzebna. Komunista czy nie, ważny czy nie – trzeba usunąć, usuwałem. Jaka różnica?

Po trzech latach awansowali mnie na Łubiankę w roli Naczelnika Komendatury. Prowadziłem oficjalnie administrację i ochronę budynku; poza tym – co istotniejsze – generalissimus, który akurat objął władzę w ZSRR, zlecał mi mnóstwo ciekawych czarnych robót.

Grigorij Zinowiew i Lew Kamieniew zostali aresztowani, a następnie oskarżeni o organizację wielkiego, terrorystycznego spisku przeciwko władzy. Nie oni pierwsi, nie ostatni. Po zatwierdzeniu wyroku ostatecznego zaprowadziłem obu do kazamatów Łubianki, czyli otoczonych namarzniętymi murami pomieszczeń, śmierdzących strachem, stęchlizną, beznadzieją i moczem. Tam zaproponowałem każdemu z nich po jednej pełnopłaszczowej kuli, tłoczonej z blachy. Żaden nie odmówił. Na polecenie szefa NKWD Gienricha Jagody wyjąłem oba sympatyczne podarunki z czaszek zastrzelonych. Były jeszcze gorące od wystrzału. Jagoda pozostawił sobie te złociste świadectwa skuteczności jako suweniry. Nic jednak nie trwa wiecznie. Kiedy akurat z Jagodą spotkaliśmy się przy rozstrzelaniu, to pamiątki przejął osobiście Ławrientij Beria.

Tego typu obowiązki były namalowaną szarymi farbami codziennością; rzemieślniczą pracą, w której próżno szukać czegoś wyjątkowego. Czasem jednak zdarzało się, że z roli wyrobnika przyczajonego gdzieś z tyłu sceny przekształcałem się w aktora pierwszego planu. I choć daleko mi do teatru Stanisławskiego, to powierzoną rolę odgrywałem całym sobą. W trzydziestym siódmym skazano na śmierć za szpiegostwo marszałka Tuchaczewskiego. Był on zdecydowanie lepszym dowódcą Armii Czerwonej niż niemieckim agentem, dlatego należało zorganizować mu egzekucję godną najlepszego widowiska. Tuchaczewski do końca pozostał gierojem; odmówił opaski na oczy i chciał, bym zastrzelił go nie z tyłu, ale patrząc prosto w oczy. Kiedy spojrzałem na tę dumną twarz, bez ustanku uniesioną nieco ku górze, ręka mi lekko zadrżała. Jedyny raz.

Proces marszałka zapoczątkował wielkie sprzątanie w szeregach naszej armii. Zdarzało się likwidować tych, z którymi wcześniej współpracowałem w kolektywie. No cóż, rozkazy to nie rozprawy filozoficzne, nad którymi jest czas medytować. W każdym razie za co się nie wziąłem, zamieniałem w proch. Wszystkie działania doprowadziły mnie do jednej, wielkiej misji, o której teraz chcę opowiedzieć.

Czas na Operację Specjalną.

Piątego marca czterdziestego roku (piętnaście…równo piętnaście lat temu) generalissimus wydał niezwykle ważny rozkaz. Przekazał go jedynie zaufanym członkom moskiewskiej wierchuszki podczas tajnej narady.

– Gdzie będzie najtrudniej? – zapytał Wódz.

– W Ostaszkowie – odpowiedział bez wahania Beria. – Prawie sześć i pół tysiąca ludzi. Mnogo.

Drogi Ojciec popatrzył na mnie z uśmiechem kochanego dziadka.

– To dla ciebie. Tylko ty możesz to zrobić.

Już do końca narady czułem się bardziej czerwony z dumy tudzież podekscytowania niż flaga Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Na początku kwietnia ruszyłem w podróż służbową do Kalinina. Towarzyszyło mi dwóch oficerów NKWD oraz wypchana do pełna walizka. Po przyjeździe z marszu rozpocząłem planowanie. Najpierw rozejrzałem się po budynku Obwodowego Zarządu. Spodobał mi się tam jeden, pozbawiony okien pokój, z którego można było przejść drzwiami na wewnętrzne podwórze. Idealne miejsce. Moi ludzie obili ściany i wejście wojłokiem, a później posypali betonową posadzkę trocinami. Na zewnątrz chodził już agregat; choć nieodzowny, powodował zmęczenie głowy na samym starcie. Kiedy wszystko wydawało się gotowe na przyjęcie gości, założyłem swój roboczy strój: skórzany fartuch, sięgający kostek, gogle lotnicze oraz długie aż po łokcie rękawice. Współpracownicy pobledli na ten widok, jakby to oni mieli za chwilę skorzystać z moich usług.

– No, i co się tak patrzycie? – zapytałem. – Mundur ma być zawsze czysty i schludny. Dawajcie, idziemy, zaczynamy.

Noc była ciepła jak na tę część roku, a może tylko mi się tak wydawało. Gdyby nie głośny sprzęt, cisza przyozdobiłaby okolicę jeszcze bardziej okazale. Mignęły ostre światła; pierwsza karetka więzienna już dotarła. Polaków wprowadzano do pomieszczenia pojedynczo. Tam trzyosobowa komisja pytała o podstawowe dane osobowe. Po odhaczeniu nazwiska na liście więźniowi zakładano kajdanki. Właśnie wtedy każdy z nich zdawał sobie sprawę, że to nie będzie przesłuchanie…

Lufa na karku, gotowa, by pofolgować swemu przeznaczeniu… Raz, dwa trzy…strzał. Następny!

Zmiana narzędzia…raz, dwa, trzy…strzał.

Łyk mocnej herbaty…minęły trzy sekundy. Strzał.

Jeden, dwóch, trzech…dwustu pięćdziesięciu pod rząd. Więcej w ciągu jednej nocy liczyć nie mogliśmy. Walthery faktycznie nie przegrzewały się od tak częstego użytkowania, ale ludzie od ciężkiej pracy owszem. Ciężarówki z trupami wysyłane do dołów w Miednoje również nie miały daru rozdwojenia. W połowie maja sprawa została ostatecznie rozwiązana. Zapach prochu, tytoniu i krwi ciągnął się za nami, oporny na szorowanie, ale wszystkie niedogodności w mig rozpuszczało wrażenie, że takiego przedsięwzięcia ani ja, ani nikt inny nie zorganizował już nigdy.

Cztery lata później miałem sen.

Przydymione zmierzchem smoleńskie pole, ciągnące się aż po horyzont, jawiło się jako w całości przeorane. Tu i ówdzie kipiało błoto, choć miejscami można było przejść po całkiem suchej ziemi, jeśli tylko nie natrafiło się na wykopany, kilkumetrowy dół. Chmury, coraz mniej widoczne, nadal kłębiły się niespokojnie, jakby musiały się wiercić, by znaleźć wygodną pozycję. Gdzieś w oddali zakrakała wrona, ale szybko zagłuszył ją gwałcący uszy dźwięk strażackiej syreny. Spojrzałem pod nogi. Ominąwszy spoczywający przy kamieniu postrzępiony garnitur, skierowałem się w lewo. Tam znajoma twarz marszałka Tuchaczewskiego przodowała procesji ludzi, wlokących się jeden za drugim koślawym krokiem. Kolejnych też poznawałem, choć zlewali się w monolit – wszyscy w obdartych mundurach, posklejanych czerwoną mazią wymieszaną z glebą: Grigorij Gołow, Piotr Pakałn, Ferdinand Sotnikow. Chciałem się przywitać, przecież w końcu razem pracowaliśmy; nawet na mnie nie spojrzeli, skupiając wzrok na pilnowaniu niekończącego się szeregu. Za nimi szedł kolejny dobry znajomy, grenadier Wołodia, którego musiałem przedziurawić bagnetem podczas służby w Cesarskiej Armii. Cały korowód zgodnie zniknął gdzieś w lesie. Na prawym krańcu też zgromadziło się wiele osób. Oni nie szli; utworzywszy krąg, patrzyli w górę, choć mogli tam już dostrzec wyłącznie nadciągającą nieubłaganie noc. Większość była ubrana w jednakowe oficerskie płaszcze, wszystkie pozbawione guzików. Jeden z mężczyzn, brudny od piachu, z rozciągniętą niczym guma skórą na twarzy, trzymał się w pionie tylko dzięki goleniom, z których wystawały nagie kości piszczelowe. Były tam również kobiety, odświętnie wystrojone. Niektórzy mamrotali coś pod nosem, ale nie rozumiałem, co gadają, bo nie znałem polskiego. Nie wiedząc, co mnie do tego popycha, wszedłem w sam środek tego osobliwego koła. Na ziemi leżało mnóstwo wyplutych łusek. Chciałem się im bliżej przyjrzeć, gdy nagle poczułem, że coś twardego odbija mi się od policzka…

Pocisk? Nie, to tylko polska moneta z orzełkiem na awersie. Kolejna… i kolejna… Rzucają we mnie wszyscy, pracując obiema rękami…Przestańcie! Proszę, przestańcie! Spójrzcie tutaj! Po jakich pistoletach te łuski? Przecież nie po naszych rupieciach! To Niemcy! Niemcy! Niemcy…

Obudziłem się mokry, jakbym pływał w balii pełnej potu.

Wkrótce potem, tuż po jednym z nadzwyczajnych zebrań na Kremlu, poszedłem do najbliższego szynku. Wśród niższych rangą wojskowych dostrzegłem znajomą twarz. Sierżant Bazyli Rogoziński zerwał się z krzesła z zamiarem salutu. Machnąłem ręką na znak, by się nie fatygował. Obok nas jakiś pijaczek zarzynał akordeon nietrafionymi dźwiękami. Podoficer siedział nad ledwo napoczętą wódką. Na stole, w towarzystwie blaszanej miski z kiełbasą, stał tylko jeden kieliszek. Wyjąłem korek z butelki i łyknąwszy wprost z niej, zakląłem głośno.

– Przecież to bardziej ocet niż gorzałka.

– Nic lepszego u nich nie ma, towarzyszu pułkowniku.

– No, bywa. Czemu tak siedzicie samotnie?

Rogoziński opróżnił kieliszek, po czym westchnął.

– Dziękuję wam za pytanie, towarzyszu pułkowniku. Wam mogę powiedzieć. Dumam. Zlecono mi bardzo dużą robotę…rozumiecie.

Pokiwałem głową.

– Ja nie wiem, czy dobrze się sprawię – kontynuował swe żale, ściszając głos. – Robiło się już to i owo, ale tutaj…

– Najważniejsza wygodna i skuteczna broń. Mały kaliber robi małą dziurę i nie rozrywa głowy na pół. Będzie mniej sprzątania. Oprócz tego, czym to się robi, trzeba jeszcze wiedzieć, jak to robić. Kiedy strzelacie w kark, trzymajcie lufę ukośnie ku górze; wtedy kula przejdzie przez oczodół lub usta, nie biorąc ze sobą litrów krwi.

Spróbowałem kiełbasy. Ta mieszanina tłuszczu, starego knura i czosnku wyglądała prawie tak samo jak łeb Kamieniewa.

– Dziękuję wam, towarzyszu pułkowniku. Widać, że Łubianka uczy życia.

– I śmierci – dokończyłem. – Wy znacie polski, prawda?

– Znam, ale słabo.

– Co oznacza „odpuszczamy naszym winowajcom”?

Sierżant zrobił smutną minę.

– Niestety, nie wiem, towarzyszu pułkowniku.

Nie miałem możliwości, by dowiedzieć się, czy Rogoziński skorzystał ze wszystkich moich rad. Wiedziałem tylko, że nauka czasem powinna iść w las, zwłaszcza kiedy ów las nazywa się „Baran”. Sierżant zdrowo tam popracował. W należącej do Polski Ludowej Kąkolewnicy nadzorował egzekucję około półtora tysiąca akowców i wrogów nowej, jedynej słusznej władzy.

Warto uczyć się od najlepszych. Od najlepszego.

Jedynego prawdziwego rasstrielczika.

Czeka na mnie jeszcze ostatnia robota.

Moja ofiara siedzi z tą swoją zaciętą, jakby wyrysowaną ukosami twarzą. Zaczesane do tyłu ciemne włosy przydawały jej jeszcze więcej smutku. Okoliczności wprawdzie nie sprzyjały optymizmowi, ale ta gęba nigdy nie zaczerwieniała się radością. Przenoszę wzrok obok, na regał, w którym trzymam kolekcję ponad siedmiuset książek o parzystokopytnych. Potem spoglądam jeszcze raz na niego, jeszcze raz na zbiór.

Lustro i koń – oni nigdy nie kłamią.

Na sufitowych płaskorzeźbach, wykonanych przez fachowców z samego Ermitażu daje się zauważyć brud. Gospodyni, Szura Tichonowa, dostała kilkanaście dni wolnego. Moja żona, Natalia Aleksandrowna, odpoczywała na naszej daczy w Tomilinie i powinna wrócić do Moskwy jutro…

Nadchodzi czas.

Tatusiu, gdzie jesteś? Echo daje głos.

Osuszywszy broń, zostawiam ją w ręku. Biorę wdech. Ogień z przezroczystej, dziewięćdziesięcioprocentowej substancji bucha stopniowo po wszystkich żyłach i tętnicach. Przeładowanie pistoletu wydaje się dużo bardziej rozkoszne niż zaciągnięcie się dymem z papierosa. Wszystko jest gotowe; kiedy jednak przystawiam pistolet do szyi, to czuję, że moja ostatnia ofiara nie jest tak samo potulna jak poprzednicy.

Synu, kiedy wrócisz? Echo znów upomina się o uwagę.

Nagle w pomieszczeniu robi się ciemno; tylko szkarłatna łuna przetacza się od jednej ściany do drugiej. Słyszę charakterystyczny głos…tak, tak…nie sposób go nie poznać…

Wożd, nasz wożd! Jesteście! – krzyknąłem.

– A no, jestem, mój towarzyszu. Wam pomoc potrzebna, tak?

– Tak jest! Ale…ale skąd się tu wzięliście, towarzyszu?

– Jesteśmy na zawsze połączeni. Zaczęliście pracować na Łubiance w tym samym czasie, w którym ja objąłem władzę, a skończyliście tego samego dnia, w którym ja władzę zakończyłem. To już dwa lata. Nie można opuścić takiego wiernego współpracownika.

– Towarzyszu generalissimusie…pomóżcie, nie dam rady…dajcie zgodę i pomóżcie…moja ręka taka obolała od ciężkiej pracy, nie uniosę…

– Nie róbcie z siebie nieudacznika. Nie za to dostaliście Order Czerwonej Gwiazdy. Ja wam pomogę, ale wszystko musi być jak trzeba, a wy miejcie odwagę. Pytam was: imię, nazwisko, imię ojca, data i miejsce urodzenia, stopień wojskowy?

– Wasilij Michajłowicz Błochin, urodzony siódmego stycznia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego piątego roku w miejscowości Gawriłowskoje. Pozbawiony stopnia generała majora w listopadzie ubiegłego roku.

– Wszystko się zgadza. Wyrażam zgodę.

Usiłuję odwlec nieuniknione. Mogę się przydać, na pewno są potrzeby! Nikt przecież nie potrafi tak działać jak ja!

Przywódca zaśmiał się głośno.

– Potrzeby może i by się znalazły, ale sensu nie ma. Czasy się zmienią, mój zaufany człowieku. Wiem, że polityka niespecjalnie cię interesowała, ale coś musisz wiedzieć. To, co dzisiaj nazywają komunizmem, za kilkadziesiąt lat będą nazywać równością. Pod jej sztandarem będą zabijać tych, którzy jeszcze nie zdążyli się narodzić. Dewiantom zaś będą wmawiać, że mają takie same prawa jak inni. Nie trzeba będzie strzelać. Świat sam się zniszczy. Zrobiliśmy solidną podstawę; posadziliśmy drzewo, które nigdy nie uschnie. Możecie odpocząć, towarzyszu Błochin.

Mauser na karku…ten pocisk taki maleńki…

Nagle coś sobie przypomniałem:

– Powiedzcie mi jeszcze jedną rzecz, towarzyszu generalissimusie: te kule, wyjęte z Kamieniewa i Zinowiewa; najpierw miał je Jagoda, potem narkom Beria. Co się z nimi stało później?

– Po zlikwidowaniu Ławrientija trzymałem to ukryte w kuchni swojej kuncewskiej daczy. Po mojej śmierci znalazł je kucharz, Spiridon Iwanowicz Putin.

Mężu, czekamy na ciebie. Niech to przeklęte echo zamilknie!

Zanim kurek uderzy w iglicę, która zbije spłonkę pocisku. Zanim spust rozpocznie swój taniec: szybki krok w tył – wolny krok do przodu. Zanim cały mechanizm uderzeniowy pójdzie w ruch, wypuszczając na zewnątrz spragniony wolności nabój, który nigdy nie myli adresu końcowego…przypominam sobie swój sen i ludzi stojących w okręgu z oczami wzniesionymi wysoko. Nadal trzymają w rękach monety z polskimi napisami, ciągle też powtarzają: odpuszczamy naszym winowajcom… Chcę do nich powiedzieć tylko kilka ostatnich już słów…

…pozwólcie tym orzełkom mnie dziobać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *