„Szachownica”

Spis treści

„Szachownica”

O tragicznej bezsensowności wojny i moralnych konsekwencjach wykonywania lub niewykonywania żołnierskich rozkazów podczas działań zbrojnych w konflikcie rosyjsko – ukraińskim. Zapraszamy do lektury mocnego, wyrazistego tekstu opowiadania autorstwa Iwony Bugno.

Ukraina.

Lewy brzeg rzeki Dniepr.

Szesnaście kilometrów na wschód od miasta Chersoń.

Osiem minut i dwanaście sekund do uderzenia pocisku balistycznego.

Fakt, że przebywał tu jako dowódca, nie miał żadnego znaczenia. Być może stopień generała mógłby uchronić go od wątpliwego zaszczytu tkwienia w rozmarzającym właśnie śniegu. W tej wodzie, która – nie znajdując ujścia, bo ziemia jeszcze pozostawała zmrożona – zalegała wszędzie i wsiąkała w płaszcze, mundury, w każdy fragment tkaniny, który stykał się z mokrym podłożem.

Fakt, że był dowódcą, działał tylko na niekorzyść dla jego psychiki, bo jako dowódca powinien chronić swoich ludzi. Jako dowódca powinien prowadzić ich do boju tylko o słuszną sprawę. Tylko w obronie tego, co warte było obrony. A teraz tkwił tutaj z grupą ludzi, za których wziął odpowiedzialność, których kazano mu prowadzić na niepewną przyszłość. Których tak naprawdę kazano mu prowadzić na śmierć. W imię obcych im ideałów. W imię czegoś, co znajdowało się daleko poza ich zasięgiem.

Czy tylko on to dostrzegał, czy tylko on rozumiał? Czy tylko on jeden, do kurwy nędzy, widział bezsens tego, co właśnie działo się dokoła?! Co rozgrywało się z upiorną nieuchronnością na ich oczach? Tam – po drugiej stronie – znajdowali się ludzie, tacy sami jak oni. Dokładnie tacy sami. Ludzie, a nie jak ich szkolono – żywa siła nieprzyjaciela – odhumanizowane hasło, rzucane na dziesiątkach szkoleń. Tak zwodzili rzesze ludzi. Ale nie jego. Nie mogli zwieść go tanimi frazesami, tymi oklepanymi hasłami, które tak dobrze poznał.

Nie istniało dla niego coś takiego jak żywa siła nieprzyjaciela. Tam byli ludzie. Szkoleni tak samo jak on. Tak samo jak on indoktrynowani. Tak samo poddawani praniu mózgów, by ostatecznie uwierzyli, że to, do czego strzelają, to nie żywi ludzie, ale jedynie żywa siła nieprzyjaciela. Tam nie miało prawa być żadnego człowieka. A zwłaszcza niedopuszczalne stało się, by ten człowiek miał jakieś imię.

Dla Wadima człowiek po tamtej stronie miał konkretne imię. Jego przyjaciel z dzieciństwa. Zakumplowali się korespondencyjnie. W czasach, kiedy jeszcze internet nie wszedł do powszechnego użytku, kiedy telefony komórkowe, laptopy, maile, SMS-y pozostawały nieznaną pieśnią przyszłości. W czasach, kiedy list w skrzynce pocztowej, nawet od nigdy niewidzianego na własne oczy kolegi, był kwintesencją ekscytacji. Obaj hodowali rybki. Poznali się przez ogłoszenie w akwarystycznym periodyku. Wadim napisał pierwszy. I tak się zaczęło. Od wymiany listów o rybkach, a następnie o filatelistyce, którą też obaj się pasjonowali. Potem kolejny temat – literatura science fiction, loty kosmiczne, fascynacja wszechświatem. Wymieniali poglądy, wizje przyszłości i snuli plany swojego spotkania.

Doszło do niego, kiedy mieli może po szesnaście albo siedemnaście lat. Wadim odwiedził w końcu korespondencyjnego przyjaciela Artema. Spędzili wspólnie całe trzy dni. Rozmawiali o tym, co do tej pory poruszali tylko w listach – o rybkach, znaczkach, książkach fantastyczno-naukowych. I o dziewczynach.

A potem nadeszła dorosłość i pochłonęła ich do reszty, porwała w swoje nieznoszące konkurencji ramiona. Korespondencja powoli wygasała, aż zamarła na dobre. Pozostały wspomnienia.

Teraz – po tak wielu latach – stali po przeciwnej stronie barykady. Teraz kazano im do siebie strzelać. Czy Artem też był dowódcą? Czy tak jak od Wadima wymagano od niego, by prowadził ludzi w topniejącej brei, żeby strzelali do swoich korespondencyjnych przyjaciół z dzieciństwa?

„Na razie ziemia jest zmrożona – pomyślał Wadim. – Ale kiedy zrobi się cieplej i rozmarznie, będziemy tkwić już nie tylko w wodzie, ale też w ohydnym błocie. Więc lepiej, żeby mróz trzymał jak najdłużej.”

W oddali widział unoszące się z kominów smużki siwego dymu. Zwyczajna wioska. Nawet nie małe miasto, ale wioska. To napawało Wadima nadzieją, że może tam, po drugiej stronie, nie tkwi w rozmarzającym śniegu jego korespondencyjny przyjaciel Artem. Mieszkał w Połtawie, a to było bardzo daleko stąd, więc może nie został tu wysłany.

Trzy minuty i sześć sekund do uderzenia pocisku balistycznego.

– Dlaczego to robimy? – Wadim odwrócił twarz w stronę tkwiącego obok żołnierza, który tak jak Wadim leżał na brzuchu i tak samo jak on wpatrywał się w horyzont. – Dlaczego się na to zgadzamy?

Towarzysz broni spojrzał na niego wzrokiem, w którym Wadim nie zauważył żadnego zrozumienia.

– Ale, że co robimy? – spytał.

– Chcesz tutaj być? Chcesz strzelać do tamtych ludzi?

Wzrok żołnierza pozostał taki sam. Mówił, że tamten niczego nie rozumie.

– Dlaczego się nie sprzeciwiliśmy? – spytał znów Wadim. – Dlaczego nie odmówiliśmy udziału w tej farsie?

– Wie pan, czym groziła odmowa? – Żołnierz obrzucił go spojrzeniem, w którym czaiła się tylko dezaprobata.

– Wiem – powiedział. – Wiem, czym byłaby dla każdego z nas z osobna. Ale dla wszystkich? Wszyscy powinniśmy odmówić. Wszyscy. Tam są ludzie. Dlaczego bierzemy w tym udział? – powtórzył.

– Pan stracił rozum, poruczniku – odparł żołnierz. – Pan przecież wie, że odmówić, to jak podpisać wyrok. Tu mamy szansę. – Żołnierz w stopniu młodszego sierżanta spojrzał na niego z niemą prośbą w oczach. – Przy odmowie nie ma żadnych szans. Sąd wojskowy.

– Nie. – Wadim wytrzymał jego spojrzenie. – Nie wtedy, gdybyśmy wszyscy się sprzeciwili. To nie nasza szachownica. Nawet jeśli jesteśmy pionkami, to nie nasza szachownica! – powtórzył z mocą. – Rozumiecie, sierżancie?

– Rozumiem, że mam wykonywać rozkazy. A jeśli ich nie wykonam, to czeka mnie sąd wojskowy…

Wadim wpatrywał się przez chwilę w twarz swojego podwładnego. Czy miał prawo podjąć taką decyzję? Czy ktoś dał mu prawo, żeby ryzykować życiem tych ludzi? A przecież fakt, że tutaj byli, sam w sobie stanowił wystarczające ryzyko.

– A jeśli wydam ci rozkaz, żebyś nie strzelał? – Wadim ciągle patrzył w oczy żołnierza. – Ziemia, na której teraz leżysz, nie należy do ciebie. Nie należy do nikogo z nas.

– Jeśli nie będziemy strzelać, to tamci… – zaczął.

– Może po tamtej stronie też są ludzie, którzy mają świadomość, że to nie ich szachownica. Którzy, jeśli już przyjmują do wiadomości, że są pionkami, to chcą być nimi na własnej szachownicy.

– Z całym szacunkiem, ale pan chyba oszalał, poruczniku.

Pięćdziesiąt jeden sekund do uderzenia pocisku balistycznego.

– Jak wam na imię, sierżancie?

– Danił, panie poruczniku.

– Posłuchaj, Danił. Wolę być szaleńcem niż mordercą. Nie wydam ci rozkazu. Sam podejmij decyzję i weź za nią odpowiedzialność. Ja mówię ci tylko tyle, że nie będę strzelał do ludzi na ich własnej ziemi.

– Chce pan zdezerterować? – Oczy sierżanta zrobiły się okrągłe ze zdumienia.

– Jeśli mam być pionkiem, to chcę nim być na własnej szachownicy. A ty to nazywaj, jak chcesz, Danił.

– Panie poruczniku, my przecież nie możemy…

– Wystarczająco długo – przerwał mu Wadim – wmawiano ci, że nie możesz. Dałeś się zwieść i uwierzyłeś w największe kłamstwo świata. Możemy. Wszystko możemy. To oni nie mogą. Właściciele tej szachownicy.

Siedem sekund do uderzenia pocisku balistycznego.

Wadim uniósł się z miejsca, gdzie leżał, i przyklęknąwszy na jedno kolano, spojrzał z góry na młodszego sierżanta Daniła.

Cztery sekundy do uderzenia pocisku balistycznego.

– Nie będę strzelał do Artema. To nie nasza szacho…

2 Responses

  1. Bardzo dziękuję za wyróżnienie mojego tekstu oraz za piękną oprawę graficzną i niesamowitą ilustrację.
    Autorka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *