Zapraszamy do lektury opowiadania sensacyjnego autorstwa Kamila Rycerza. Za tę wojenną opowieść autor zdobył drugą nagrodę w Konkursie Literackim „Czerwona Róża dla Niej” w Kąkolewnicy w 2023r.
Kąkolewnica, styczeń 1945
Celkowa nigdy nie bała się ludzi w mundurach.
Mimowolne wzdrygnięcie stało się dla niej niespodzianką, kiedy drzwi wejściowe od chałupy otworzyły się z impetem. To nie Celek; on wchodzi z większą flegmatycznością, przeciąga moment zamknięcia, jakby napawał się tą czynnością, nadając jej rangę nabożeństwa. Stukot buciorów o zbyt elastyczne deski podłogi dołożył swoje do zaniepokojenia w głowie kobiety.
W progu kuchni ukazała się tak samo niedogolona jak i niemile widziana facjata Walkiewicza – reprezentanta jednego z plutonów wojska, które od kilku miesięcy rozpanoszyło się w okolicach. Pod pachą dzierżył skręcony naprędce tobołek owinięty szmatą piątej czystości. Zaklął na pogodę, a jego wulgaryzm zdawał się być bardziej siarczysty niż mróz za oknem. Wysypał zawartość na środek, chuchnął w dłonie i uśmiechnął się głupkowato. Po chwili wyjaśnił, że przyniósł łachy, które trzeba zacerować i doprowadzić do porządku „na wczoraj”.
Celkowa zmarszczyła czoło.
– A co to ja, Weronika święta albo Irena Golcowa?! Na waszą służkę też się nie pisała. Same sobie zszywajta swoje kalesony.
Uśmiech zniknął z twarzy sierżanta; w zamian wyciągnął z kabury tetetkę.
– Nie przyszłem na babską gadaninę – rzekł z westchnieniem. – Nie chcecie ze mną gadać, pogaworzcie z nią. Ale uważajcie: ona przywykła do konkretu. Jak raz powie…
Celkowa zrozumiała, że dalszy opór nie ma sensu. Walkiewicz rozsiadł się na ławce pod piecem i zapowiedział, że pojutrze odbierze ów pakunek, który AK-owcom już na nic się nie przyda. Za trzy dni – zgodnie z rozkazem Waltera – ruszają na koncentrację pod Kutno. Stamtąd, a także z Łodzi i Piotrkowa Trybunalskiego, oddziały drugiej armii ludowej ruszą na Szkopa. Kobieta ucieszyła się w duchu; może teraz kąkolewnicki las odpocznie wreszcie od huku nocnych wystrzałów…
– A gospodarz gdzie? – zapytał sierżant.
– Na gumno poszedł. Zara wróci.
– Dobrze. Do niego też mam sprawę. Co tak ładnie pachnie?
– Pierogi robię.
– Ooo. To poczekam. – Walkiewicz ucieszył się jak dziecko.
Celek wrócił po kilku minutach. Popatrzył na przekrzywioną czapkę na głowie sierżanta, udekorowaną orzełkiem, który zdawał się okazywać chęć dezercji, ale niewidzialna sieć nakazywała mu pozostanie na swoim miejscu. Wszedł do domu, a w czapce siedzi jak Żyd, pomyślał Celek. Sierżant przywitał się, ale nie wstał. Celek zdjął odzienie i stanął naprzeciwko, założywszy ręce na ramiona. Walkiewicz zagadnął:
– Podobno po szwabsku umiecie.
– A no umiem. Ale po co wam szwargotanie? Toż wszystkie te szczury dawno pouciekali.
– Prawie wszystkie. Jeden się ostał.
Sierżant wyszedł i zawołał szeregowca, aby przyprowadził do pomieszczenia niewysokiego mężczyznę, ubranego w kożuch. Ręce miał skute kajdankami. Z uszatką na głowie wyglądał raczej na pozbawionego kompasu Sowieta w tajdze niż na Niemca. Spod nakrycia głowy wyglądały jedynie małe, ale analityczne oczka, badające każdy centymetr rzeczywistości.
– Pogadaj z nim – nakazał Walkiewicz. – Nie ma papierów.
Przybysz stanął obok sierżanta, który ruchem ręki odprawił swojego sługusa. W tym samym czasie Celkowa zabrała rzeczy przyniesione przez ludowca i zniknęła w sieni.
– Masz jakieś dokumenty? Kim jesteś? – zapytał Celek bezbłędnym niemieckim. Wyuczył się go jeszcze przed wojną, a przez ostatnie pięć lat doszlifował niczym diament.
– Nie mam – odrzekł bez wahania drugi dzisiejszy gość. – Proszę jednak nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, bo wszystko powiem. Jestem untersturmführer Markus Engel. Współpracowałem z szefem żandarmerii w Radzyniu Podlaskim, hauptsturmführerem Albertem Goldgruberem. Jako oficer proszę, by traktowano mnie z szacunkiem, albowiem nie mam złych zamiarów i obiecuję w pełni współpracować.
– Co tutaj robisz? Powinieneś dawno uciekać.
– Wróciłem po swój mały skarb.
Niemiec zdjął lewego buta. Walkiewicz wyjął broń w pogotowiu. Niemiec uniósł dłonie w pojednawczym geście, po czym rozdziawił obcas i wyjął mały prostokąt, z daleka podobny do zawiniętej w pozłotko czekoladki. Podał go Celkowi.
– Zobacz, co to jest.
Gospodarz ledwo musnął palcami przedmiotu, a już miał pewność.
Sztabka złota.
W kwietniu czterdziestego czwartego z obozu pracy w Bliżynie koło Radomia wywieziono znaczne ilości złota odebranego żydowskim więźniom. Po przetopieniu kruszcu miejscem docelowym transportu miał być Majdanek. Był to jednak okres, w którym nazistowscy funkcjonariusze poczęli w pełni rozumieć swoje położenie i działali już bardziej we własnym interesie niż dla potrzeb Reichu, toteż – jak określił Engel – pojawiały się braki w inwentaryzacji konwojowanych dóbr. Markusowi udało się dzisiaj dotrzeć do sztab zakopanych w bezpiecznym miejscu na skraju lasu, jednak zdążył schować tylko tę jedną, zanim nie dorwał go patrol wojskowych, pilnujących w nocy okolicy.
– Próbowałem mu wytłumaczyć, o co chodzi – rzekł Engel, zerknąwszy na Walkiewicza – ale ten majster okazał się na tyle bystry, że nie potrafił sam niczego wywnioskować.
– Rozumiem, że chcesz się wykupić?
Niemiec uśmiechnął się i ściągnął nakrycie głowy. Celek mógł teraz lepiej przyjrzeć się twarzy esesmana. Miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat. Wyraźnie zarysowane linie przejawiały germańską dumę, a ściągnięte ku dołowi wargi zdawały się być przyzwyczajone do wydawania twardych, kutych z żelaza rozkazów.
– Co on mówi? Tłumacz no! – Sierżant zasygnalizował swoją obecność.
– Poczekaj, niczego na razie mu nie mów…
– Ty na pewno nie będziesz mi rozkazywał – odparł Celek Niemcowi.
Engel uniósł z lekka podbródek i zmrużył oczy.
– Partyzant, prawda?
– Dlaczego partyzant?
Niemiec przelotnie zerknął na dłoń Celka, ukrytą w kieszeni spodni.
– Wy, partyzanci, zawsze chodzicie z rękami w kieszeniach. Masz tam pewnie jakiegoś boczniaka gotowego do działania. Gdyby tak nie było, usiadłbyś. Przecież ty tu jesteś górą, nie musisz stać na baczność.
– Jeżeli już, to pan partyzant.
– Stoisz też ciągle na jednej nodze – ciągnął Engel. – Czyżby drzewo nie dość dobrze zasłoniło przed kulką? Och, myślę, że jednak nie jestem na straconej pozycji. W jakiś sposób, choćby na migi, mogę sprawić, by ten przepity komunizmem wieśniak dowiedział się, co z ciebie za sołdat. Oni nie lubią takich jak ty, prawda, panie partyzant?
– W jaki sposób chcesz to zrobić?
– Nie martw się. Donosy nie znają bariery językowej.
Celkowa krzątała się przy kaflowej kuchni. Walkiewicz zniecierpliwił się nie na żarty. Celek wytłumaczył mu, kim jest nazista i co ma do zaoferowania. Sierżant aż podskoczył z wrażenia, omal nie przewróciwszy ławki.
– Idziem tam! Bystro!
Celek odpowiedział, że musi poznać więcej szczegółów i rzekł do Engela:
– Ja mogę sprawić, że zaraz zakończysz swoje nędzne życie.
– Oczywiście, ale wtedy nie dowiesz się, gdzie ukryłem złoto.
Celek usiadł na taborecie. Podporucznik SS pokiwał głową.
– Zróbmy to tak – zaczął. – Ten głupiec ma w ręku swoją radziecką zabawkę, ale mogę się założyć, że nie trafi do celu nawet z metra. Wystarczy, że na niego naskoczymy i się przestraszy. Wtedy go zlikwidujesz. On przyszedł tylko z tym jednym szeregowym, żaden człowiek z ich bandy nas nie widział. Potem zabiorę cię do lasu i wskażę miejsce, gdzie są sztaby. Zawsze lepiej dzielić na dwa niż na trzy. W zamian puścisz mnie wolno. I nie musisz patrzeć na mnie jak na bandytę. Nie zrobiłem niczego złego; podczas służby pracowałem jedynie przy transporcie kontyngentu. Jeszcze wspomnisz moje słowa, że ta bolszewicka zaraza narobi wam więcej szkód i łatwo się jej nie pozbędziecie przez następne kilkadziesiąt lat. Ten handel jest chyba uczciwy?
– Wszyscy jesteście niewinni. Skąd mam pewność, że naprawdę pokażesz mi swój sekret?
– Znikąd. Nie masz żadnej pewności. Nie masz też nic do stracenia, najwyżej mnie zastrzelisz.
Kiedy esesman jeszcze mówił, Walkiewicz wyskoczył jak pantera i przystawił lufę pistoletu do skroni Niemca. Celek nie spodziewał się takiej reakcji, ale nie brakowało mu koordynacji; w sekundzie jego walther opuścił kieszeń i czekał na rozkaz wystrzału w głowę sierżanta. Cała trójka stała w tym osobliwym kręgu i choć Engel do nikogo nie celował, wydawał się najmniej zaniepokojony całą sytuacją. Odetchnął głęboko i wbijał wzrok raz w jednego, raz w drugiego.
– Wiem, że coś kombinujeta – syknął sierżant. – Ani mi drgnąć! Niech Szwab mówi, gdzie goldy!
Celek przetłumaczył słowa Walkiewicza. Niemiec wskazał dokładną lokalizację zakopanej skrzynki. Partyzant znał to miejsce, bo nieopodal, kilka metrów od głazu, pomagał postawić niewielki krzyż na pamiątkę śmierci kompana.
– No i? – nie mógł się doczekać sierżant.
Celek podał mu miejsce.
Nieprawdziwe.
– Idziem!– zarządził Walkiewicz.
Tymczasem Celkowa postawiła na stole jedzenie i rzekła:
– No, zanim pójdzieta, to do stołu, bo stygnie.– W dwóch miskach oczekiwały pierogi, okraszone dużą ilością słoniny. Sierżant usiadł jako pierwszy. Celkowa podała mu naczynie z większą zawartością. Potem nałożyła też Niemcowi, który najpierw potrząsał głową, później jednak usiadł. Celek wrzucił sobie pierogi z drugiej misy, którą podsunęła mu żona.
Pierogi nadziewane były serem i ziemniakami. Walkiewicz jadł szybko; Markus popatrzył na niego z politowaniem, po czym skubnął kawałek.
– Dobry dzień! Będziem bogaci!– krzyknął sierżant, po czym nagle zaczął głęboko oddychać, jakby się wystraszył.
Nie potrafił opanować tego odruchu; jego blada twarz poczęła się czerwienić. Wstał, ale zachwiał się i runął na podłogę z wyrazem zdezorientowania, zanim zdołał wyciągnąć pistolet, zrzuciwszy miskę z brzękiem na podłogę. Znieruchomiał.
Jakież było zdziwienie Celka, kiedy dokładnie te same objawy miał Engel. Jednakże on nie dał rady wstać; zwymiotował przed siebie i uderzył głową o stół.
Kiedy Celek zapytał, o co chodzi, żona wzięła do ręki koszulę z torby Walkiewicza i pokazała, jak spod kołnierza wyjęła ampułkę po cyjanku potasu, która teraz sterczała pęknięta w dłoni kobiety, dumna z roli, jaką tutaj odegrała.
– Ale to…oni…? Coś ty zrobiła?! Tać przyjdą tu po nich!
Celkowa wzruszyła ramionami.
– No co? Toż tylko pojedli prawdziwie ruskich pierogów.