Pogoń za Jackiem

Spis treści

Pogoń za Jackiem

Zbrodnie, tajemnice, poszukiwanie skarbu księżnej Ogińskiej i… muzyka disco polo w debiucie wydawniczym autorstwa Kamila Rycerza. Prezentujemy pierwszy rozdział tej dobrze przyjętej powieści, który pozwoli zapoznać się z siedleckim klimatem.

Najprościej umierać na cmentarzu.

To miejsce nie zawierało choćby śladowej ilości polityczno-historycznej dyskrecji. Mężczyzna w czapce wykończonej daszkiem wszedł przez furtkę ogrodzenia, upstrzonego widocznymi z daleka czerwonymi gwiazdami. Miasto się nie krępowało. Dekoracje wspomagane lekkim powiewem wiatru i ciszą, ogłaszały, przy kim tak naprawdę trzymają wartę.

Najprościej umierać na cmentarzu, bo ziemia nekropolii, zapraszając w swoje skromne podwoje, nie chce słuchać odmowy. Proszę spocząć, proszę czuć się jak u siebie. W domu ludzie umierają, tak mówią. Tam jest zawsze komfort. I pachnie znajomo.

Właściciel czapki z daszkiem chciał ruszyć utkaną z kostki brukowej ścieżką, której strzegł symetryczny szpaler drzew o foremnej dostojności. Zmienił jednak zdanie. Skręcił w lewo, gdzie teren znakowały rzędy jednakowych pomników. Pod tą trawą – po raz pierwszy w tym sezonie przystrzyżoną równiutko jak murawę – zebrali się ci, którzy przesunęli gdzieś na zachód cień swastyki. Zaraz potem ci sami, bez chwili oddechu i możliwości ogrzania się choćby jednym promieniem wolności, okryli tę biedną ziemię czerwoną płachtą, przytrzymaną rogu ciężkim sierpem i jeszcze cięższym młotem, aby nie odleciała, przewiana wiatrem zmian.

Większość betonowych, masywnych nagrobków pozostawała bezimienna. Wzrok mężczyzny zatrzymał się przy numerze dziewiętnaście. Przeczytał napis: Bondarenko Iwan Nikitowicz, 1910 – 24.07.1944. Granitowa tablica wyryła nad nazwiskiem portret młodego mężczyzny o twardych rysach twarzy i poważnym spojrzeniu. Popatrzył na niego przez chwilę, a potem powoli ruszył chodnikiem w kierunku centrum. Rozejrzał się dookoła. Leśny teren za ogrodzeniem zdominowały ogródki działkowe. Nie sposób było się nie uśmiechnąć na skojarzenie, które przyszło mu do głowy. „Oto miejsce doczesnego i wiecznego odpoczynku”, pomyślał.

Obelisk znajdujący się na środku cmentarza zwracał uwagę jasną szarością kamiennej podstawy. Na jej szczycie królowała urna, która zdawała się wmawiać, że to wszystko było ofiarą. Ofiarą mimo wszystko. Nie zapominajcie – mówiły, a wyblakła wiązanka kwiatów i znicz u spodu odpowiadały: nie, nie ma takiej możliwości.

Mężczyzna zdjął czapkę, pod którą nagromadziła się już spora wilgoć. Zerknął na zegarek. „Ci, którzy się spóźniają, nigdy nie osiągną żadnego sukcesu”. Wzruszył ramionami. „Młodzi nigdy tego nie zrozumieją”.

Minęło czternaście minut, zanim oczekiwany szczęśliwiec – nieliczący godzin i lat – zjawił się na miejscu. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, próbując przeskanować go nie tylko z zewnątrz, jakby się zastanawiał: załatwił sprawę czy w ostatniej chwili schował się pod kocem tchórzostwa?

Trzy miesiące. Dokładnie tyle zajęła mężczyźnie formacja tego patykowatego okularnika. Znalazł go na Facebooku. Jako przewodniczący niedawno zarejestrowanego w KRS stowarzyszenia Zielony Janosik, potrzebował zdrowych ludzi, nieskalanych ciemną zmianą, wybitnie inteligentnych i o czystych płucach.

Mateusz De prezentował swe poglądy w mediach społecznościowych bez więzów, które winny go powstrzymywać z racji wykonywanej pracy: raz zdjęcie z błyskawicą, raz krótki film podpisany ośmioma gwiazdkami…

Fart zapewnił mu większe plecy, niż wynikałoby to z jego sylwetki. Miał jednak dość rozsądku, by nie ujawniać ani prawdziwego nazwiska, ani miejsca pracy, co utrudniało mężczyźnie jego namierzenie. Dopiero fakt, że Mateusz objawił się światu jako kibic miejscowej Pogoni Siedlce, ułatwił jego odnalezienie.

„Mamy cię”.

Mężczyzna nauczył się na pamięć składu drużyny i kupił przez stronę internetową bilet na najbliższy niedzielny mecz, który Pogoń miała rozegrać na siedleckich włościach z Ruchem Chorzów.

W chłodny wieczór, okutany w szalik biało-niebieskich barw, stał pod stadionem i liczył na łut szczęścia w postaci wypatrzenia zagorzałego fanatyka wśród wchodzących. Ławica tłumu przepływającego przez bramki bezpieczeństwa okazała się jednak zbyt liczna. Mężczyzna postanowił wrócić do domu i spróbować przy okazji następnego meczu rozgrywanego u siebie.

Okazja nadarzyła się dwa tygodnie później. Pogoń podejmowała Wisłę Płock, a mężczyzna podjął drugą próbę. Tym razem dostrzegł chudzielca już na trybunach.

Młody człowiek wybrał miejsce w pierwszym rzędzie, które najwyraźniej chciał zmienić, bo stojące przy barierkach dzieci utrudniały mu widoczność płyty boiska. Rozglądał się po górnych krzesełkach niespokojnym wzrokiem. Mężczyzna z piątej kolumny wychwycił jego spojrzenie i pomachał ręką, wskazując na puste miejsce obok siebie. Chłopak przeskoczył w górę i bez namysłu skorzystał z zaproszenia.

– Dziękuję panu – wydyszał z trudem. – Nikt nie potrafi ujarzmić tych gówniarzy. Nie po to mam karnet, by patrzeć na ich piruety. Liczyłem, że przy takiej pogodzie będzie luźniej, no ale się przeliczyłem.

– Nic nie szkodzi. Miejsce obok jest puste, bo mój towarzysz się rozchorował i nie mógł przyjść. – Nie wspomniał o tym, że zawczasu kupił dwie wejściówki tylko dla siebie.

– Tutaj to inne życie. Jak pan myśli, co będzie?

– Będzie ciężko – odparł mężczyzna. – Ale ten Flis to dobry transfer. Pogryzą trawę. I nie pan, tylko Aleks – wyciągnął rękę.

– Zobaczymy. Mateusz Duszyński. – Odwzajemnił uścisk.

I działo się ciężko. I pogryźli trawę, dzięki której wyostrzyli sobie zęby, walcząc do utraty tchu z zacięciem godnym gladiatorów. Śpiewnym akordem tego wyrównanego, choć nieco ospałego koncertu była bramka – jak się później okazało, zwycięska – zdobyta (strzela się z łuku, nie nogą, to Aleks zapamiętał) przez Marcina Flisa na cztery minuty przed ostatnim gwizdkiem arbitra.

Koncert smutny przestał być żałobny; siedlczanie zawsze walczą tak, że piołun porażki przemienia się w bezowy krem tortu zwycięstwa.

– Masz czuja – pochwalił Mateusz, dokładając się do wzmożonej na cały stadion burzy oklasków.

Aleks uśmiechnął się szeroko.

– Nos starego kibica zawsze wywącha przyszłość.

Kolejny mecz, a potem kolejne spotkanie. Osobliwa znajomość rozrosła się do nieco szorstkiej, ale na pozór szczerej przyjaźni, podlewanej od czasu do czasu wytworem z dodatkiem chmielu. Duszyński okazał się młodszym inspektorem w Wydziale Komunikacji. Aleks ucieszył się – im niższe stanowisko, tym większe zaangażowanie w anarchiczną destrukcję.

Pewnego dnia Aleks poprosił nowego kolegę o pomoc przy dopełnieniu formalności związanych ze sprowadzeniem samochodu z zagranicy. Nie potrzebował tych informacji; chciał tylko sprawdzić, czy kandydat ubiera się w rzetelność przy każdej, nawet błahej sprawie.

Ubierał się.

Następne zadanie było nieco trudniejsze. Mateusz potrzebował więcej czasu, ale i tym razem sprawił się bez zarzutu. Zasłużył na awans, którego nie mógł się doczekać w swoich strukturach, uzależnionych od prawoskrętnych mocodawców i wszechobecnego nepotyzmu, wyczuwalnego w gęstym, pachnącym kawą powietrzu urzędniczych pokojów.

Organizacja Zielony Janosik, do której aspirował Duszyński, stawiała przede wszystkim na ideę wolności i sprawiedliwości w każdym aspekcie życia społecznego oraz ekonomicznego, udekorowaną zielonym sosem haseł ekologicznych, zachęcających do opieki nad Matką Ziemią.

Bełkot bywał istotny, bo robił ludziom pokroju Mateusza bigos z mózgu.

– Spóźniłeś się – zwrócił uwagę Aleks, gdy Duszyński dotarł pod obelisk, ocierając rękawkiem czarnego podkoszulka pot spływający z czoła.

– Przepraszam. – Podali sobie ręce. – Nie mogłem wyrwać się wcześniej z tego bajzlu.

– Wybaczę, jeśli masz to, co trzeba. – Aleks puścił oko, przepuściwszy pretensję przez filtr półżartu.

– Na mnie jak na Zawiszy. Zawiszy Ciemnoskórym.

Mateusz wręczył Aleksowi białą kopertę. Ten otworzył ją i zerknął: tyle wystarczyło, aby się upewnić.

Dwie litery. Cztery cyfry. Jedna litera.

Kod dostępu.

Schował podarunek do kieszeni, z której również wyjął pakunek dla Mateusza. Chłopakowi rozszerzyły się źrenice. W środku czaił się dokument.

– Pamiętaj, że tutaj nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o wielką sprawę – wyjaśnił Aleks.

Duszyński poprawił owalne okulary na nosie.

– Jak wielką? – ośmielił się zapytać.


– Dowiesz się w swoim czasie. Zaufanie ma swoją zawyżoną cenę.

Mateusz pokiwał gorliwie głową. Rozumiał to.

– Kiedy wszystko będzie już gotowe, będziesz mógł zwolnić się z urzędu i otrzymasz u nas etat menadżera logistyki. W środku masz wszystkie szczegóły. Do tego czasu nie rób nic głupiego. Czekaj cierpliwie. Muszę lecieć. Skontaktuję się.

Jeszcze jedno kiwnięcie głową.

Aleks sięgnął do kieszeni i przez chwilę trzymał dłoń w bezruchu. Po chwili wyciągnął ją, aby podać do pożegnania. Nie rozgiął palców. Wykonał tylko ruch, jakby chciał odgonić owada większego niż mucha.

Mateusz nadal stał nieporuszony. Nie zareagował nawet wtedy, gdy fontanna krwi poczęła tryskać z jego tętnicy szyjnej. Wrósł stopami w ziemię jak te drzewa obok, a pozwolił się wykarczować jedynie po to, aby opaść – niby na trampolinę – w kierunku rozłożystych, przyciętych jałowców dekorujących dolną część pomnika.

Aleks otworzył dłoń, by bez pospiechu wytrzeć o koszulkę Mateusza dziesięciocentymetrowy nóż rzeźnicki. Schował go do kieszeni wraz z ubrudzoną szkarłatem kopertą, którą niedawno wręczył chłopakowi.

„Nie chodzi o żadną sprawę, młodziaku. Zawsze chodzi tylko o pieniądze. Tylko i aż o pieniądze. A ty nie jesteś godzien siedzieć w pierwszym rzędzie”.

Rozejrzał się wokół. Nadal nikt nie zakłócał ciszy leśnego terenu. Wiatr wciąż drgał liśćmi, również nie czyniąc gwałtownych ruchów. Mateusz przygniatał krzewy. Okulary opadły mu na nos po raz ostatni. Póki co był niewidoczny, przypominał raczej wyrzucony worek ze śmieciami, ale Aleks liczył, że to się wkrótce zmieni. Założył czapkę i miał już opuścić cmentarz, gdy nagle coś sobie przypomniał.

Wrócił pod pomnik z numerem dziewiętnaście i położył obok niego dziesięciozłotowy banknot – zapłatę za udostępnienie miejsca. Miejsca, w którym gleba użyźniła się kościami walczących o Siedlce osiemdziesiąt lat temu.

Miejsca, w którym krew nasączyła korzenie drzew, aby teraz ich gałęzie przetransportowały wicher wolności i równości w kierunku tego bogobojnego miasta.

Zanim odszedł, popatrzył raz jeszcze na podobiznę żołnierza. Mógłby przysiąc, że rysy Iwana Nikitowicza Bondarenki zaokrągliły się ku górze w ledwie zauważalny uśmiech.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *